Od mojego ostatniego wpisu pokonałem autostopem ponad 1100 km. Odwiedziłem fiordland, a tam zatokę Milforda — miejsce, które w 2008 roku zostało wybrane przez National Geographic Traveler jako najlepsze miejsce do odwiedzenia na świecie. Rzeczywiście robi wrażenie, ale nie będę pisał o tym, jak tam ładnie, bo cała NZ jest piękna, więc pisanie o tym stało się już dość monotematyczne.

Wracając jednak do mojej podróży.  W dużym skrócie. Po fiordlandzie udałem się na wschodnie wybrzeże do miasteczka Dunadin, gdzie spędziłem noc u sympatycznej parki, którą poznałem w internecie. Wieczorem zabrali mnie na spacer, pokazali miasto i wypiliśmy wspólnie kilka piwek. Kolejnego dnia udałem się na 2 dni do Oamaru, gdzie miałem okazję zobaczyć pingwiny żyjące w środowisku naturalnym. Wczoraj natomiast dotarłem do największego miasta na wyspie południowej – Christchurch.

Kilka zdań chciałbym poświęcić miasteczku Oamaru, ponieważ bardzo różni się ono od tego, co miałem okazję widzieć do tej pory w NZ. Od drugiej połowy XIX wieku, miasto rozwijało się w bardzo szybkim tempie. Było to spowodowane głównie przez handel morski. Do miasta przybywało coraz więcej osadników, a przy ulicach wyrastały nowe budynki. Miasto to miało większe tempo wzrostu niż Nowy Jork w tym samym okresie. Ze względu jednak na problemy natury polityczno-technicznej cały handel został przeniesiony do innego portu. Jak nie trudno się domyślić, nie wpłynęło to pozytywnie na gospodarkę i rozwój miasta. Efekt tego w dniu dzisiejszym jest taki, że możemy odwiedzić w NZ miasto, gdzie na niektórych ulicach czas się zatrzymał. W starych budynkach znajdują się różnego rodzaju kafejki, restauracje i galerie. Pomimo tego, że te ostatnie są moim zdaniem estetycznie dyskusyjne, to całe miasto ma bardzo sympatyczny klimat i zdecydowanie jest warte odwiedzenia.