Będąc w niewielkiej miejscowości San Pedro Cutud na Filipinach poznałem niezwykłego mężczyznę. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym od milionów innych filipińczyków, ale jak wiadomo pozory często mylą.

Odwiedziłem go w jego domu wieczorem w Wielki Czwartek. Był to dla niego dość wyjątkowy moment, bo już kolejnego dnia miał przejść przez całą drogę krzyżową, by na końcu zostać przybity do krzyża, dość pokaźnych rozmiarów gwoździami. Zresztą już po raz 30 w jego życiu.

Rubena Eñaje pokszuje gwoździe, które już za kilkanaście godzin przebiją jego stopy i dłonie

Gdy spotkałem Rubena Eñaje, bo tak się nazywa ten mężczyzna, sprawiał wrażenie kogoś nadnaturalnie spokojnego. Zachowywał się tak, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że już za kilkanaście godzin zawiśnie na krzyżu. Pomimo że był już krzyżowany wielokrotnie, na jego dłoniach trudno było dopatrzyć się jakichkolwiek śladów po gwoździach. Dopiero gdy dotknąłem jego rąk, mogłem wyczuć stwardniałe blizny.

Zastanawiało mnie, dlaczego właściwie zdecydował się na coś takiego. Opowiedział, że gdy jeszcze jako młody 26 letni mężczyzna malował dom, spadł z rusztowania, z wysokości 3 piętra i nic sobie nie zrobił. Uznał to za tak niesamowite szczęście, że obiecał Bogu w dziękczynieniu przez kolejnych 9 lat poddawać się krzyżowaniu. O podjętej decyzji, nie powiedział rodzinie. Można domyślić się, jak wielkie było zdziwienie jego bliskich, gdy zobaczyli go prowadzonego na krzyż. Jednak wtedy już wyboru nie mieli. Musieli to zaakceptować.

Gdy obietnica dobiegał końca, jego żona poważnie się rozchorowała i trafiła do szpitala. Tym razem obiecał Bogu, że przez kolejnych 9 lat będzie poddawał się krzyżowaniu — o ile ta zostanie uzdrowiona. Kobieta wróciła do zdrowia, a on obietnicy dotrzymał. Po kolejnych 9 latach kolejna obietnica dobiegała końca. Jednak tym razem ciężko rozchorowała się jego córka i lekarze dawali jej 50% szans na przeżycie. Ruben złożył taką samą obietnicę po raz kolejny, a jego córka również wróciła do zdrowia.

Piszę ciągle o krzyżowaniu, ale tak naprawdę to tylko część całej pasji. Scenariusz został opracowany kilkadziesiąt lat temu i wciąż niezmiennie jest ten sam. Jedyna zmiana jest taka, że początkowo głównego aktora po prostu przywiązywano do krzyża, lecz później z czasem zdecydowano się również na wbijanie gwoździ. Ważne jest, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że całość wywodzi się z pogańskich wierzeń i szamanizmu. A co mówi kościół na ten temat? Oficjalnie jest to potępiane. Rubena odwiedzało już kilku księży, pokazywali mu fragmenty biblii i opowiadali, że powinno się iść ścieżką Jezusa, ale nie powinno się robić z siebie Jezusa. Jednak pewnego razu jeden arcybiskup odwiedził go i powiedział, że jeśli nie jest to robienie z siebie Jezusa, a wyłącznie przyrzeczenie złożone Bogu, nie robi tym samym nikomu nic złego, to nie jest to grzech. Mimo wszystko silnie mu to odradzał. W każdym razie żaden ksiądz nie bierze udziału w całej ceremonii. Często jest krzykliwie powtarzane, że właśnie tak wygląda Wielkanoc na Filipinach. Ok, ale trzeba też pamiętać, że obrzęd ten odbywa się tylko i wyłącznie w kilku mniejszych miasteczkach i nie dotyczy to całych Filipin.

W Wielki Piątek około godziny 11 rozpoczęła się cała inscenizacja pasji. Rubens przebrany za Jezusa został wyprowadzony przez żołnierzy rzymskich, którzy dali mu do dźwigania 40 kilogramowy drewniany krzyż. Całość prowadziła przez 14 stacje drogi krzyżowej i trwała około 4 godzin. Wiele osób wyglądało, jakby miało za chwilę zemdleć od samego skwaru (około 35 stopni), chociaż nie musieli nieść przez kilka kilometrów ogromnego krzyża na swoich ramionach.

Gdy Ruben dotarł w końcu na wzgórze, został ukrzyżowany razem z dwiema innymi osobami. Pomimo że słyszałem jego skowyt z bólu, gdy gwoździe przebijały jego ciało, to miałem nieodparte wrażenie, że mimo wszystko po tak męczącej drodze, nie była to najgorsza rzecz jaka spotkała go tego dnia.

Poza tym, że to właśnie on gra Jezusa w pasji, nie oznacza, że jest wybrańcem na skale kraju. W tym roku do krzyża zostało przybitych 6 osób. Zdarzały się też lata, że było ich ponad 20. Dodatkowo wiele osób tego dnia — zwanego też przez lokalnych mieszkańców „krwawym piątkiem” — poddaje się biczowaniu. Sam nie wiem co jest gorsze. Gdy zapytałem Rubena czy kiedykolwiek poddawał się biczowaniu, powiedział że nie, bo nie lubi krwi. To, co usłyszałem od osoby, która ma być za kilkanaście godzin przybita do krzyża, wydało mi się wtedy dość dziwne. Jednak gdy kolejnego dnia zobaczyłem na własne oczy, co się tam dzieje zrozumiałem, o co mu chodziło.

Zrozumiałem też, dlaczego lokalni mieszkańcy nazywają to wydarzenie krwawym piątkiem. Wszędzie krew. Dużo, dużo, dużo krwi. Krew jest na ulicach, na ścianach, skwerach, samochodach, przypadkowych przechodniach i oczywiście najwięcej na plecach ochotników, którzy się biczują. To właśnie oni machając biczami chlapią dookoła swoją krwią na wszystko co popadnie. Po tym całym obchodzie moje ubrania były tak wybrudzone krwią, że teraz nadają się już chyba tylko do wyrzucenia. Dodatkowo, przed rozpoczęciem biczowania każda z osób ma nacinane plecy żyletką lub specjalnym urządzeniem wyglądającym jak szczotka. Tylko zamiast włosia mającym kilka ostrych żyletek. Potem oczywiście jest tylko gorzej…

Narzędzie do nacinania pleców

Zanim przyjechałem zobaczyć to wydarzenie na własne oczy, słyszałem o barbarzyństwie, pogaństwie, kiczowatości i innych negatywnych opiniach. Na mnie też nie wywarło to pozytywnego wrażenia. Chciałem jednak poruszyć tutaj jeden ważny aspekt. Dopóki robisz coś sobie, dzięki temu stajesz się w ten czy inny sposób lepszym człowiekiem i nie krzywdzisz przez to innych, to jest twoja prywatna sprawa i nie zamierzam nikogo za to ganić. Ich ciało, ich decyzja, ich rany i to oni poniosą konsekwencje swoich czynów, a nie ja. Ale jeśli ktoś zaczyna próbować zmieniać czyjeś poglądy, życie czy nawet zabijać w imię tego, że „jego Bóg jest najlepszy” to jak dla mnie jest już coś nie tak z daną wiarą. Dużo łatwiej jest odreagowywać na innych swój zamknięty na rzeczywistość i wiedzę umysł, niż czasami usiąść i zastanowić się chwilę nad samym sobą. Nad tym, w co tak naprawdę wierzymy i czy to co robimy ma w ogóle jakikolwiek sens.