Wczoraj pogoda trochę się poprawiła więc, zamiast siedzieć w jednym miejscu, wyruszyłem na kilkogodzinną wędrówkę wzdłuż Waikato River. Szedłem sobie spokojnie wzdłuż, rzeki myśląc o różnych głupotach, gdy nagle usłyszałem wrzask kobiety, w którym dało się wyraźnie wyczuć nutę przerażenia. Krzyk dobiegał dokładnie z tego kierunku, w którym zmierzałem. Pomimo kilku myśli, które podpowiedziała mi moja wyobraźnia, nie zatrzymałem się i szedłem dalej. Chyba mam jakieś skłonności do czarno widzenia, bo oczywiście za zakrętem nikt nie był mordowany, okradany ani gwałcony. Na jednym z urwisk odbywały się po prostu skoki na bungee. Popatrzyłem trochę na całe to przedstawienie i ruszyłem dalej. Po około 1,5 godziny dotarłem w końcu do mojego punktu docelowo -zwężenia rzeki. Miejsce to nosi nazwę ice-blue i kolor rzeczywiście się zgadza. Na długości dziewięciometrowego zwężenia w ciągu każdej sekundy przepływa 200 000 litrów wody. Mówiąc inaczej — w przeciągu minuty można by napełnić wodą 5 basenów olimpijskich.

W drodze powrotnej natrafiłem na źródła geotermalne i im nie odpuściłem. Wskoczyłem do wody i zapoznałem się z grupką Niemców. Jako że rozmowa jakoś mnie nie porwała, a kamienie w rzece były dość ostre, przez co niewygodnie się siedziało, nie spędziłem tam zbyt wiele czasu. Osuszyłem się i poszedłem uzupełnić zapasy jedzenia na kolejne dni.

No i dzisiaj w końcu był ten dzień, dla którego tak długo siedziałem w jednym miejscu. Prognozy pogody zapowiadały bardzo dobre warunki klimatyczne i się nie pomyliły  Obudziłem się o 5 rano, zjadłem kilka na wpółsurowych kawałków pizzy, zapiłem gorzko-kwaśną kawą i ruszyłem przysypiając na stojąco w miejsce, z którego miał mnie zabrać bus. Na dworze z samego rana było dość mroźno. Jak tylko siadłem w ogrzewanym busie to myślałem, że mnie stamtąd siłą nie wyciągnął. No ale nie po to przyjechałem do NZ, żeby narzekać jak to jest mi źle. Po około godzinie jazdy dotarliśmy na miejsce, w którym zaczyna się Tongariro Crossing. Trasa w sumie nie wydawała się trudna, bo mierzyła niespełna 20 kilometrów, do tego miałem lekki plecak — główny bagaż zostawiłem w hostelu. Na całość miałem aż 9 godzin, czyli przy takich założeniach bardzo dużo. Przełamałem się w sobie, wysiadłem z busa, przykleiłem kilka plastrów na nóg (bo zdążyłem już wyhodować kilka pokaźnej wielkości odcisków) i ruszyłem w trasę.

A co to w ogóle jest to całe Tongariro Crossing? Jest to jedna z najbardziej spektakularnych tras w całej NZ . Szlak przebiega przez tereny położone na składającym się z wielu kraterów masywie wulkanicznym Tongariro. Szlak słynny jest ze swojego surowego księżycowego krajobrazu. To właśnie tutaj kręcono filmowe sceny z Władcy Pierścieni, które przedstawiały Mordor. Wulkan nie jest zbyt aktywny, bo przedostatnia erupcja miała miejsce jeszcze w XIX wieku. No ale ostatnia była dość niedawno, bo w 2012 roku.

Co do mojej trasy to szło mi się dość dobrze. Tak dobrze, że w połowie trasy miałem ponad 2 godziny nadwyżki czasu i postanowiłem lekko odbić od głównego szlaku i zaliczyć szczyt góry Tongariro. Po kilkudziesięciu minutach pojawiły się jednak większe trudności. Jako że w NZ jest wiosna, w wyższych partiach gór zalega jeszcze śnieg. Natrafiłem na miejsce, w którym musiałem wejść pod górę i miałem 2 opcje do wyboru. Albo iść dość stromym wyznaczonym szlakiem, na którym zalegał jeszcze śnieg. Gdybym się pośliznął, to kilkaset metrów zjechałbym w dół. Druga opcja — iść po drobnych kamykach pod górę, też stromym szlakiem i na dodatek niewyznaczoną ścieżką. Przy drugiej opcji, jakbym się pośliznął to bym nie miał takich odległości do zjechania w dół. No ale z tą drugą opcją był problem, że nie wiedziałem czego się spodziewać za górką, a ta mała nie była. Po chwili analizy stwierdziłem, że obie trasy są równie niebezpieczne i równie bezpodstawne będzie wybranie którejkolwiek z nich. Także wybrałem tą ze śniegiem. Przeszedłem kilkadziesiąt metrów, ale w pewnym momencie śnieg zrobił się tak twardy, że nie mogłem już tam nawet dobrze wbić w niego nogi. Jako że mam jeszcze sporo pomysłów na życie do zrealizowania, dzień dzisiejszy wydał mi się kiepskim dniem na umieranie i zawróciłem. Dokończyłem resztę wycieczki zgodnie z planowaną trasą i wróciłem busem do miasta. Co do samej trasy, to dodaje kilka zdjęć, ale żeby na prawdę odczuć majestatyczność tego miejsca to trzeba je zobaczyć samemu.