Pewnego dnia, podczas mojej podróży autostopem dookoła Nowej Zelandii, niezbyt szło mi zatrzymywanie samochodów. Co prawda w planach miałem przejechanie nie tak znowu dużego dystansu, ale jak już udało mi się nawet kogoś zatrzymać, to mógł mnie podwieźć co najwyżej tylko kilka kilometrów. Gdy po kilku godzinach byłem gdzieś w połowie trasy, zatrzymał się obok mnie czarny samochód terenowy, z bardzo rozgadanym kierowcą i okazało się, że pan ten jedzie nad Blue Pools — miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, ale bardzo je zachwalał. Miałem w sumie jeszcze trochę czasu do zapadnięcia zmroku, więc zapytałem czy mogę z nim podjechać i zobaczyć to miejsce, a on nie miał nic przeciwko temu.

Jak się okazało, Andrew przyjechał z Australii, żeby nagrywać filmy i robić zdjęcia w NZ. Gdy byliśmy na miejscu, wyciągnął z plecaka drona i zaczął nagrywać filmy z różnych perspektyw. Poprosił mnie też, żebym przeszedł kilka razy po moście, bo chciał nagrać kilka ujęć, gdy coś się dzieje, a nie z samą przyrodą i pustym mostem. Wyszło coś takiego:


W drodze powrotnej wymieniliśmy się adresami e-mail, Andrew zostawił mnie na kempingu, do którego planowałem dotrzeć i pojechał w swoją stronę. Zgodnie z planem spędziłem tam kilka dni, a następnie udałem się kilkaset kilometrów na południe do miasteczka Queenstown. Jako że mieszkałem trochę na odludziu, a w Nowej Zelandii nie zawsze jest najlepiej z zasięgiem, to dopiero w Queenstown udało mi się sprawdzić pocztę.

Czekał tam na mnie mail od Andrew, z pytaniem, co robię następnego dnia, bo jeśli nie mam planów i mam ochotę na darmowy lot helikopterem, to mogę się z nim zabrać.

No proste, że miałem ochotę na darmowy lot helikopterem po Nowej Zelandii! 

Tak też następnego dnia wstałem przed wschodem słońca i ruszyłem z powrotem na północ. Gdy dotarłem na miejsce spotkania, okazało się, że Andrew będzie robił zdjęcia ze swoim kolegą Julianem, a ja oczywiście nie zostałem tam zaproszony bez przyczyny. Mieli wizję zrobienia całej sesji zdjęciowej. Pomiędzy szczytami gór, kilkaset metrów nad głównym jeziorem Wanaka jest inne, mniejsze jezioro. Chcieli zrobić sesję przedstawiającą jak ktoś uprawia tam paddelboarding, a tym kimś oczywiście miałem być ja. Zapytali czy w ogóle wiem co to jest ten cały paddelboarding, ale nikogo chyba nie zdziwi, że nie miałem zielonego pojęcia, o co w tym chodzi. Mieliśmy jeszcze około 3 godzin do czarteru, więc zdecydowaliśmy się poświęcić jakieś 0,5h na naukę. W paddelboardingu chodzi generalnie o to, że staje się na desce wyglądającej jak do surffingu, macha wiosłem i w ten też sposób płynie w obranym kierunku. Osobiście nie rozumiem co w tym takiego niesamowitego, ale podobno to najszybciej rozwijający się sport wodny na świecie. No ale co kto lubi, może kwestia gustu.

W każdym razie gdy byliśmy gotowi, pojechaliśmy na lotnisko, wsiedliśmy w wyczarterowany helikopter i polecieliśmy nad to jezioro w górach. Tam ja pływałem po jeziorze w tą i z powrotem, oni robili zdjęcia i nagrywali filmy. Po zakończonej sesji, pilot przetransportował i zostawił nas na jednym z pobliskich szczytów górskich. Tam znowu urządziliśmy kolejną sesję. Mi kazali, a to wchodzić pod górkę, a to schodzić z górki, a to wpatrywać się gdzieś przed siebie udając mądrego i tym podobne. Z moją twarzą nigdy nie podejrzewałem, że ktoś zaproponuje mi pracę jako model, a tu proszę — można się zdziwić 

Wieczorem, na szczycie góry, z widokiem na jezioro i miasteczko Wanaka, przy usłanym gwiazdami niebie, wypiliśmy 15-letnie whisky i poszliśmy spać. Z rana — około 4.30 obudził mnie mróz. Nie wiem dokładnie ile było stopni, ale woda pitna w butelkach zamarzła, więc na pewno poniżej 0. Chłopaki wstali parę chwil przede mną. O wschodzie słońca urządziliśmy kolejną sesję zdjęciową, a następnie zejście z góry. Tak właściwie było tyle miękkiej trawy, że bardziej zjechaliśmy z niej na tyłkach, niż zeszliśmy.

Jako że nie specjalnie miałem inne plany, postanowiłem zostać z nimi jeszcze jeden dzień. Pożyczyli mi rower, pośmigałem trochę po okolicy, a wieczorem grill i kilka piwek przed snem, więc też sympatycznie.

I tak to czasem przypadkowo spotkana na drodze osoba, może znacznie namieszać w naszym życiu i dostarczyć wielu nieplanowanych wrażeń. Tak więc, zamiast narzekać na rząd, winić innych za własne niepowodzenia i użalać się nad sobą, warto po prostu czasem ruszyć swoje 4 litery i spróbować coś zrobić ze swoim życiem a nie czekać, aż się zechcę. Nigdy nie wiadomo co nas w życiu może jeszcze spotkać, więc jednak warto próbować i się nigdy nie poddawać.

I na koniec tego wpisu udam jeszcze mądrego i zacytuje Einsteina: „Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać innych rezultatów.”

Zdjęcia: Julian Apse i Andrew Englisch