Początkowo miałem prowadzić tylko zamkniętą grupę na FB dla najbliższych i pisać co jakiś czas wiadomości, żeby wiedzieli, czy żyję. Jednak trochę znajomych pisze do mnie, co tam słychać więc pomyślałem, że w sumie skoro i tak publikuje te informacje, to może kogoś zainteresuje jak świat wygląda i jak mi się w nim żyje.

Zaczynając prowadzić tego bloga jestem w Nowej Zelandii, tylko co ja właściwie tam robię? Tego sam się nie spodziewałem jeszcze kilka miesięcy temu. Zaczęło się niewinnie. Miałem bardzo fajną pracę jako programista. Pewnego dnia w moim biurze zwolniło się biurko obok dużego okna, a ja pomyślałem, że będzie fajnie mieć widok na zewnątrz, a nie na kuchnię. I jak tam siadłem to nie mogłem już tam usiedzieć. Co chwilę, gdy spojrzałem na prawo to albo ktoś jechał na rowerze, albo biegał, a to innym razem widziałem śmiejących się ludzi, a to jakaś ładna dziewczyna szła ulicą… No nie szło usiedzieć przy tym biurku. Jako że miałem dobry kontakt z kierownikiem, a ja zawsze uczciwie podchodziłem do pracy, stwierdziłem, że zgodzi się, żebym pracował zdalnie. 

Czyli plan prosty -ja pojadę do Malezji i będę robił to samo co robię tutaj. Tylko że będę siedział w cieniu palmy i programował popijając drinka, a nie w zamkniętym pomieszczeniu popijając kawę. Także poszedłem na pewniaka i postawiłem warunek, że jeśli się nie zgodzi to będziemy musieli zakończyć współpracę… No i się nie zgodził, a ja zostałem bez pracy…

Trochę mi chodziło po głowie, co ja w ogóle odstawiłem. Rozważałem co tu zrobić, ale moje plany zmieniały się tak właściwie z dnia na dzień, a czasami z godziny na godzinę. W końcu zapadła decyzja – spełnię swoje największe marzenie. Pojadę do miejsca najbardziej oddalonego od Polski – do Nowej Zelandii. Nawet nie szukałem specjalnie kompana do podróży, bo ciężko jest kogoś namówić, żeby rzucił nagle wszystko i pojechał na drugi koniec świata. Szczególnie jeśli nie ma się jeszcze planu takiej podróży i dysponuje się skromnym budżetem… I tak moja przygoda się zaczęła 

Po ponad 40h podróży wylądowałem w Nowej Zelandii. Żeby nie było łatwo, ledwo na styk wyrobiłem się na spotkanie z Alison którą poznałem na couchsurfingu i u której nocuje przez 2 najbliższe noce. Na potwierdzenie udanego planu działania dodaję zdjęcie Auckland i moje z gospodynią.

Kolejny dzień zleciał mi na klimatyzowaniu się, organizowaniu i zwiedzaniu największego miasta w NZ – Auckland. Na około 4,5mln osób żyjących w NZ, około 1,5mln mieszka właśnie tam. Ciekawy jest też fakt, że powierzchnia NZ jest wielkością porównywalna do Wielkiej Brytanii, przy czym w Wielkiej Brytanii żyje ponad 63mln osób.

Może nie jestem jakimś wielkim globtroterem , ale miał okazję odwiedzić różne miasta w Polsce i na świecie. Muszę powiedzieć, że według mnie Auckland jest najlepszym miastem do życia jakie dotąd spotkałem. Skoro mają tak dużo wolnej przestrzeni, nie budują wysokich bloków w których starają się upchnąć jak najwięcej osób. Powierzchnia Auckland jest raczej upstrzona przez masę jedno piętrowych domków. Rozwiązanie takie przekłada się na to, że w mieście w ogóle nie odczuwa się tłoku, mas ludzkich, ani korków samochodowych. Poza biurowcami w ścisłym centrum miasta, prawie w ogóle nie ma w Auckland wieżowców. Jest za to sporo dzielnic, a każda dzielnica ma swoje mniejsze centrum z różnego rodzaju sklepikami, butikami, marketami i restauracjami.


Pomimo jak na razie krótkiego pobytu w NZ, od razu czuje się, że ludzie naprawdę lubią aktywny tryb życia. Co chwilę można natrafić na boiska, korty tenisowe, pola golfowe, parki i tym podobne. Co ciekawe prawie zawsze coś się na nich dziej i nigdy nie stoją puste.

Dzisiaj z rana Alison u której mieszkałem jechała razem ze swoimi znajomymi z Indii popływać w jaskiniach. Jako, że przyjemność taka kosztuje około 300zł ja sobie odpuściłem. Zaproponowała mi jednak, że może mnie podrzucić kilkadziesiąt kilometrów na południe. Jako miejsce docelowe obrałem Hamilton. Zajechaliśmy po jej kolegów około 8 rano pod hotel, ale jako, że jeden z nich się spóźniał, po kilkunastu minutach oczekiwania Hindusi zaproponowali, żeby zajść do nich do hotelu. Jak się okazało mieszkali na 17 piętrze gdzie można było zobaczyć niesamowitą panoramę całego miasta – dobrze, że wczoraj nie płaciłem 70zł za wejście na taras widokowy 

Z powodu spóźnienia tego chłopaka, Alison nie mogła już mnie podrzucić do mojego miejsca docelowego i wysadziła mnie jakieś 30 km przed Hamilton. Po pożegnaniu się, zarzuciłem plecak na plecy i ruszyłem w stronę wcześniej obranego celu. Nie zdążyłem przejść nawet kilometra jak zatrzymał się jakiś samochód, wysiadł z niego facet i zapytał czy mnie nie podwieźć – choć go wcale o to nie prosiłem. Nie myśląc wiele wrzuciłem plecak do bagażnika i pojechaliśmy dalej. Małżeństwo, które spotkałem na trasie jechało do centrum handlowego – jakieś 7km od centrum miasta. Świetnie się złożyło, bo akurat brakowało mi jeszcze przejściówki na nowo zelandzkie gniazdko, które udało mi się tam kupić.

Mając już pełen komplet wyposażenia (a nawet jego nadmiar), ruszyłem w stronę centrum. Po kilku kilometrach marszu zaczepiło mnie 2 młodych chłopaków – jak się później okazało Niemców. Akurat ukończyli liceum i byli na wakacjach w NZ. Również zaproponowali podwózkę, a ja znowu nie odmówiłem.

Pokręciłem się jeszcze po Hamilton, zatrzymałem w parku, i zrobiłem przegląd rzeczy w plecaku – część rzeczy wyrzuciłem, bo jednak trochę plecak ciąży. Bardzo łatwo zmienia się światopogląd na to co jest w życiu potrzebne, a co nie – jeśli trzeba nosić cały dobytek na plecach…

Także dzisiaj jestem w Hamilton, jutro z rana ruszam w stronę miasta Rotoura, a później prawdopodobnie do Taupo (chociaż trasa może jeszcze ulec zmianie). Także żyje, mam się bardzo dobrze, i dam znać co u mnie pomiędzy poniedziałkiem, a środą. Pozdro!