Coś się kończy – coś się zaczyna. Takim też sposobem dobiegła końca moja podróż autostopem dookoła Nowej Zelandii, a rozpoczęła przygoda z Azją.

Kilka dni temu wylądowałem w Tajlandii w prowincji Phuket. Miałem co prawda zarezerwowany hostel, ale nie bardzo miałem koncepcję jak mam się tam dostać. Znalazłem jakąś darmową ulotkę z mapą i gdy podszedłem do budki sprzedającej bilety na busa, sprzedawczyni nie chciała nawet spojrzeć na moją mapę. Sprzedała bilet i zajęła się kolejnym klientem. Gdy podszedłem do kierowcy, ten też nieszczególnie był zainteresowany, tym gdzie jadę. Zabrał ode mnie plecak, rzucił do bagażnika i popchnął w stronę drzwi prawie pełnego już busa. Po chwili ruszyliśmy, a ja nawet nie wiedziałem, w jakim kierunku zmierzamy. Po jakimś czasie bus zatrzymał się przy informacji turystycznej. Kazano mi siąść naprzeciwko jakiejś kobiety, która podobno miała mi wytłumaczyć co i jak. No i tak siadam, patrzę

duża głowa, ręce dość owłosione… A jak się odezwała do mnie męskim głosem, wiedziałem już, że to nie baba, tylko jakiś przebieraniec

Próbowała mi sprzedać jakąś wycieczkę, ale byłem zbyt zszokowany całą tą sytuację, żeby jej słuchać. Podałem tylko adres, gdzie chce się dostać i na tym skończyła się nasza rozmowa. No trudno Adam, chciałeś Tajlandię, to masz ją w pełnej okazałości…

Z założenia, kierowca miał nas wszystkich zawieść pod wskazany adres, ale mnie wysadził na jakiejś cholernie zatłoczonej ulicy. Nie powiedział gdzie jestem. Machnął tylko ręką, że mam iść w jakimś tam kierunku. Było już po 23, a ja włóczyłem się z plecakiem po centrum miasta, odpędzając od siebie hordy taksówkarzy, sprzedawców jedzenia, dziwek i innych osób różnych profesji, którzy chcieli na mnie zarobić. Po prawie godzinnych poszukiwania na dość kiepsko oznaczonych ulicach, zrezygnowany, poprosiłem jakiegoś taksówkarza, żeby zawiózł mnie swoim skuterem do hostelu. Co do ruchu drogowego to nikogo nie dziwi, że skuterem jeździ się bez kasku. Ani to, że czasami na jednym skuterze jedzie nawet 4 osoby – chociaż to ostatnie wygląda dla mnie dość zabawnie i zawsze wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy. Wracając jednak to tematu hostelu. Tak jak to przystało na mnie, znalazłem chyba najtańszy hostel w mieście – 20zł / noc. Gdy tam dotarłem, okazało się, że będę spał z ponad 25 osobami, a ja jestem chyba jedynym białym człowiekiem w tym towarzystwie. W sumie fajnie, można poznać dużo osób i różne kultury pomyślałem.

Następnego dnia powłóczyłem się trochę po mieście i przyznam, że miejsce to zrobiło na mnie raczej dość negatywne wrażenie. Komercja, komercje, komercją popycha. Zgiełk niczym w ulu, masa skuterów, samochodów, krzyczących sprzedawców i turystów. Zdecydowanie nie tego szukałem. O wszystko trzeba się targować. Chciałem na przykład kupić sobie jakąś koszule i widać jak bardzo handlarze chcą zarobić na turystach. Początkowo sprzedawca chciał mi ją sprzedać za 70zł, ostatecznie jednak sprzedał za 19zł, co uważam, że i tak jest dość sporo, jak na Tajlandię.

Wieczorem zakolegowałem się z policjantem z wydziału antynarkotykowego w Korei Południowej, który jest na wakacjach i śpi w tym samym hostelu co ja. Twierdził, że w Korei piją dość dużo alkoholu. Ja, że w Polsce, też się z tym tematem nie patyczkujemy. Takim sposobem po kilku piwach wylądowaliśmy z dość pokaźnych rozmiarów butelką whisky na plaży. Z ciekawszych rzeczy, które mi opowiedział, to to, że w Korei jednak ludzie jedzą psy i jest to dość normalne. Niby o tym słyszałem, ale pewności nie miałem i zawsze mnie to strasznie zastanawiało 😉 I tak jakoś na gadaniu o różnych głupotach zleciał cały wieczór.

Kolejnego dnia, żeby uciec od tego zgiełku, wybrałem się na całodniową, organizowaną przez biuro podróży wycieczkę po wyspach dookoła Phuket. I z tą ucieczką od zgiełku zupełnie mi nie wyszło. Miejsca ładne, ale wszędzie komercja i masa budek z pamiątkami. Turystów jest tak dużo, że nie specjalnie ktokolwiek przejmuje się jednostkę. Żeby coś zobaczyć, trzeba się przepychać przez tłumy ludzi. Wszystko zaplanowane co do minuty. Bardziej jest to bieganie po atrakcjach turystycznych niż wypoczynek.

Po pobycie tutaj wiem już doskonale jaka jest różnica w znaczeniu słów podróżnik i turysta. Podróżnika nic nie ogranicza, a turystę prawie wszystko. Nie mówię, że nie warto odwiedzić tego miejsca, bo zależy co kto lubi, ale to zdecydowanie nie jest miejsce dla mnie. Taże trzeba kończyć zabawę w turystę i wracać do roli podróżnika  Dzisiaj robię plany i jutro z rana wyruszam na północ. Poznać prawdziwą Tajlandię, a nie ten komercyjny i zatłoczony turystami moloch.