Minęło kilka godzin, zanim po ustaleniu miejsca spotkania, pojawił się na nim mój nowy pracodawca. Starszy mężczyzna z dużym brzuchem, siwymi włosami i brodą, przypominał bardziej Świętego Mikołaja niż farmera. Docelowe mieliśmy jechać do niego, ale przedtem chciał załatwić jeszcze kilka swoich spraw. Droga trochę mi się dłużyła, ale kierowca jakby czytając w moich myślach, zapytał czy nie mam ochoty na piwo. Z uśmiechem na twarzy otworzyłem butelkę, po czym kierowca poprosił, żebym jemu też otworzył jedną. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie przywykłem do tego, żeby ktoś kierował i popijał piwo w tym samym momencie, ale co tam. W końcu to mój pracodawca, wiec nie będę dyskutował.

Jako ostatnie miejsce, obrał odwiedziny swojego kolegi. Gdy zajechaliśmy, zawołał mnie i poszliśmy we 3 do garażu. Tam po krótkiej rozmowie, wyciągnął marihuanę, rozpalił, podał koledze, a kolega mi. Myślę sobie, jak nie zapale to stwierdzą, że jestem popierdułka, a nie farmer. Także zintegrowałem się z towarzystwem. Po kilku minutach zarządzony został odjazd. Wsiedliśmy z tym 65 letnim panem do samochodu i lekko odurzeni dymem, popijając piwko, pojechaliśmy dalej w kierunku dobytku mojego pracodawcy. Po wjechaniu na podwórze, od razu dało się wyczuć, że porządek nie jest mocną stroną tego człowieka. Panował tam ogólny rozgardiasz. Budynki wyglądały tak jakby miały się niedługo zawalić. Po wejściu do mieszkania, w gardło wgryzał się kurz.

To, że po niewielkim mieszkaniu biegał pies z kotem i latało sporo much, jakoś specjalnie mnie nie dziwiło. Ale fakt, ze w mieszkaniu można było spotkać kury, które czasami uciekały przed kogutem, to jest już coś, czego na co dzień nie przywykłem widywać.

Zaintrygował mnie również fakt, że sławojka nie miała drzwi. Co prawda była ustawiona tyłem do wszystkich budynków i na początku myślałem, że może po prostu zabrakło materiałów na dokończeni. Później jednak dostrzegłem, że korzystając z niej, można podziwiać bardzo ładny krajobraz rozpościerający się na góry i stwierdziłem, że to chyba jednak była zaplanowana akcja.

Wiedząc jak wygląda mieszkanie mojego gospodarza, spodziewałem się, że moja noclegownia lepsze nie będzie. No i się nie myliłem. Zaprowadził mnie do komórki oddalonej o kilkanaście metrów od jego domu. Wewnątrz czuć było stęchlizna i kurzem. Na łóżku leżała jakaś stara, używana pościel. Mój pracodawca popatrzył na nią i z miną eksperta i stwierdził, że jest dość świeża, wiec mogę w niej spać. Jedyne media jakie były dostępne w tej komórce to bezprzewodowy internet, bo łapało zasięg z domu. Żeby było mi raźniej i żebym nie musiał siedzieć w ciemności, przyniósł mi świeczkę wbitą w butelkę po jakimś starym koniaku. Po tym od razu poprawiły się moje morale  Nie jestem jakimś wielkim fanatykiem porządku, ale jakiś tam względny panować powinien. Także na następny dzień przewietrzyłem porządnie to pomieszczenie, pozamiatałem, odkurzyłem i dało się już tam względnie spędzić kilka nocy.

Podczas mieszkania w takim miejscu zauważyłem, że porządek jest sprawą indywidualną dla każdego. W mieszkaniu mojego gospodarza można czasami było natrafić na kurze łajna, co w ogóle mu nie przeszkadzało. Za to zrugał mnie kiedyś, bo wrzuciłem słoik po dżemie do śmieci i go dokładnie nie umyłem. Stwierdził, że nie można tak robić, bo segregacja śmieci jest bardzo ważną sprawą. Także dopiero po umyciu mogłem wrzucić ten słoik do reklamówki ze szkłem. Może robił to, bo podświadomie sumienie go gryzło o ten cały syf dookoła. A może po prostu lubi grzebać się w śmieciach. Nie wiem, nie wnikam.

Moje prace były różne i nie będę się o nich rozpisywał. Wspomnę tylko o jednym dniu. Mój pracodawca miał poza swoja działka stadninę koni. Pewne poranka obudził mnie i powiedział, że zgłosiła się do niego grupa osób i jeśli chce, to mogę pojeździć z nimi. Gdy dowiedział się, że nie jestem taki świeżak i przez 2 lat trenowałem jazdę konną, dostałem specjalnego wierzchowca. Co prawda był to jeden z najszybszych koni jakie posiadał, ale nie był doskonały. Dokładnie rzecz biorąc, podczas jazdy bardzo lubił się zatrzymać i wytarzać w piachu albo wodzie.

Trasa rajdu prowadziła przez plaże. Po dotarciu na miejsce, postanowił wytłumaczyć całej grupie szczegóły rajdu. Kazał się nam zatrzymać. Po chwili, gdy mój koń poczuł trochę luzu, musiałem z niego zeskakiwać, bo ten stwierdził, że jest w świetnym miejscu, żeby się wytarzać w piachu. Później próbował mi się jeszcze chyba ze 3 razy zatrzymać i wytarzać w wodzie, ale po pierwszym razie, wiedziałem już co się święci. Docisnąłem łydką, pogoniłem batem i udało mi się zamoczyć tylko do kolan, a nie po czubek głowy. Pomimo kilku niedociągnięć, taki rajd i galop po plażach w NZ to naprawdę niesamowite przeżycie i ciężko jest to porównać z czymkolwiek innym 

Nie mogąc za długo wysiedzieć w jednym miejscu, postanowiłem wczoraj ruszyć dalej. Miałem docelowo dotrzeć nad jezioro oddalone od farmy o jakieś 300 km i przenocować tam w namiocie. Ze względu jednak na deszczowa pogodę, postanowiłem zatrzymać się w hostelu w miasteczku Greymouth niedaleko tego jeziora. Łapiąc ostatniego, chyba piątego z kolei stopa, natrafiłem na emeretywane małżeństwo ze stanu Washington. Mieliśmy do przejechania wspólnie około 70 km, ale chcieli jeszcze odwiedzić po drodze 2 atrakcje turystyczne. Dogadaliśmy się, że pojedziemy tam wspólnie. Przy pierwszym postoju urządziliśmy sobie krótki trekking, po wybrzeżu z bardzo ładnymi widokami na ocean. Gdy zatrzymaliśmy się przy drugiej atrakcji, zapytali, czy chce zobaczyć jaskinie. Spoko myślę, przecież nie będę siedział w samochodzie, jak mogę przeżyć coś nowego.

Zachodzimy i w sumie sam nie wiem, na co liczyłem. Chyba bardziej na to, że popatrzymy na wejście do jaskini, powiemy do siebie — o fajna dziura w skale i wrócimy. Tymczasem gdy zbliżyliśmy się do wejścia, zrozumiałem, że to starsze małżeństwo ma inne plany. Wyciągnęli z kieszeni po latarce i zaczęli wchodzić w głąb jaskini. Dobrze, że miałem w miarę dobrze naładowany telefon, to wiedziałem gdzie mogę nogę postawić w tej ciemności. Także pochodziliśmy trochę po tej mrocznej jaskini, zabłądziliśmy, wyszliśmy nie tym wyjściem co trzeba i musieliśmy przedzierać się przez krzaki, żeby wrócić do samochodu. Sytuacja ogólnie dość spontaniczna i zabawna 

A co dalej to jeszcze nie wiem. Plany zależą od pogody i będą aktualizowane na bieżąco. Na razie zapowiadają deszcz, więc średnio jest sens się gdzieś przemieszczać. Jak coś się zmieni to dam znać