Jutro wyruszam w dalszą podróż na północ, więc korzystając z chwili wolnego, postanowiłem naskrobać parę zdań o Bangkoku. Co prawda poświęciłem kilka dni na zwiedzanie zabytków takich jak Wielki Pałac, buddyjskie świątynie i kilku innych miejsc, jednak głównie skupiłem się na tym, jak żyje lokalne społeczeństwo.

W stolicy Tajlandii mieszka ponad 8 milionów osób, co jest dość sporą liczbą. Szczególnie dla mnie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że podróżowałem ostatnio po Nowej Zelandii, gdzie w całym kraju żyje niecałe 4,5 mln osób.

Miasto jest zdecentralizowane i ma raczej kilka center niż jedno ścisłe, które można zlokalizować na mapie. Jak na tak duże miasto, niespecjalnie dziwi jego różnorodność. Można spotkać brudne dzielnice biedoty, cuchnące uryną i zobaczyć na ulicach samochody, którym prawa fizyki nie powinny pozwalać się przemieszczać. Te jednak mając sobie za nic prawa fizyki, pomykają dziarsko po mieście. Z drugiej strony można też spotkać nowoczesne biurowce, zadbane parki i drogie samochody takie jak Ferrari czy Rolls Royce.

Co mnie zaskoczyło jednak najbardziej to lokalny handel. Oczywiście można tutaj spotkać nowoczesne galerie handlowe z drogimi artykułami, jednak większa część handlu odbywa się na bazarach, ulicach i w „biedniejszych” galeriach. Bazarów chyba nie muszę opisywać, bo nie specjalnie różnią się od tych, które możemy spotkać w Polsce. No może u nas nie można kupić, aż tyle jedzenia na targu, bo nasz kochany rząd z determinacją ubija przedsiębiorczość. A szkoda, bo takie jedzenie jest naprawdę smaczne. Pomimo że nie zawsze takie budki mają dużo wspólnego z czystością, to jakoś nie słyszałem ani nie widziałem, żeby ludzie się zatruwali takim jedzeniem.
Z tym handlem przydrożnym też nie będę dużo pisał, bo po prostu wygląda to tak jak bazar, tylko budki są rozstawione wzdłuż ulic, a nie na placu.

No a najciekawszy temat — jak to nazywam “biedniejsze” galerie. W takich miejscach oryginalnych rzeczy to się raczej nie kupi. Jak dla mnie zaskakujący jest fakt, że nikt się nawet nie kryje z tym, że sprzedaje podróbki znanych marek. Na przykład, gdy podszedłem do stoiska z zegarkami i zainteresowałem się jednym modelem, sprzedawca pokazał mi 2 rodzaje podróbek tego samego zegarka. Tak że miałem do wyboru kupić tańszą i gorzej wykonaną podróbkę albo droższą i lepiej wykonaną. Nie uznałem za stosowne pytać, czy ma na stanie oryginał 

Z markowymi ubraniami też nie ma problemu. Za 20-30 zł można kupić koszulę Hugo Boss-a, Lacoste, czy innego znanego producenta. W większości są to dobre podróbki wykonane dość solidnie.

Jeden sprzedawca zaproponował mi Samsunga Galaxy S6 za 300zł, to ja już nie wiem jak oni to robią. Wziąłem ten telefon do ręki, jakość wykonania naprawdę dobra, wyświetlacz bardzo dobrej jakości, telefon działa płynnie. Oni muszą mieć jakieś ogromne specjalistyczne linie produkcyjne do budowania tych podróbek, żeby im się to opłacało. Będę musiał kiedyś do Chin pojechać i zobaczyć jak oni organizują biznes u siebie, bo teraz jeszcze nie potrafię tego tematu w głowie poukładać.

No i ostatnia rzecz, która była dla mnie chyba największym zaskoczenie — handel płytami CD/DVD. A jak on się odbywa? A tak, że w super markecie jest kilka stoisk. Każde stoisko ma wyłożone na stołach segregatory, a w segregatorach są tysiące okładek różnych programów, gier, filmów, itp. Klient podchodzi do takiego stanowiska, ogląda te okładki i wybiera co chce kupić. Składa zamówienie i płaci około 10-15 zł za jedną płytę. Następnie pan lub pani z obsługi nagrywa płytę i takim to sposobem można kupić za kilkanaście złotych najnowszego windowsa czy photoshopa.

Co się tyczy handlu, to w międzyczasie odwiedziłem też tak zwany floating market, oddalony od Bangkoku o kilkadziesiąt kilometrów. Cały handel odbywa się tam na łódkach, pływając po wąskich kanałach wodnych. Dawniej, taki sposób handlu był bardzo popularny i miał ogromne znaczenie dla gospodarki. W tych dniach jest to jednak raczej atrakcja turystyczna, na której można kupić pamiątki lub jedzenie.

Tak więc podsumowując Bangkok. Miasto może nie specjalnie zaskakuje, jeśli wziąć pod uwagę ilość jego mieszkańców. Takie pomieszanie przepychu z biedą można spotkać w każdym dużym mieście. No ale ten cały handel w Tajlandii to jak dla mnie jakiś kosmos.