Ostatnio przebywałem w miejscach gdzie trudno jest o dostęp do internetu, więc nie dawałem żadnego znaku życia. Od wczoraj jednak mieszkam i „pracuje” na farmie, więc moja sytuacja z dostępem do świata lekko się poprawiła. No ale po kolei.

Po opuszczeniu Picton udałem się w stronę miasteczka Nelson, a następnie Marahau. Odległość około 200 km, ale we mnie górę wzięło lenistwo i rozłożyłem tę drogę na 4 dni. W międzyczasie rozbijałem się po kempingach, leżałem na plecach, brzuchu lub którymś z boków, a jak leżenie mi się nudziło — to siedziałem. Czytałem książki i przemieszczałem się w ślimaczym tempie. Ostatni kierowca, którego zatrzymałem w drodze do Marahau, trasy wielkiej ze mną nie zrobił, bo tylko 10 km. Szybko się jednak zgadaliśmy i zaproponował mi, że mogę u niego mieszkać w najbliższym czasie. Układ prosty. Dziennie będę pracował około 4 godzin, a w zamian dostaje mieszkanie i jedzenie. Także wymieniliśmy się numerami telefonów i rozstaliśmy. Nic nie deklarowałem, bo w planach miałem jeszcze zaliczenie 5 dniowego trekkingu na trasie Abel Tassman. W końcu ile można nic nie robić.

Szlak, który zamierzałem pokonać, należy do jednego z dziewięciu „Wielkich Szlaków” w NZ. Cała trasa rozciąga się wzdłuż wybrzeża północnej części wyspy południowej. Większość trasy prowadzi poprzez niewielkie wzgórza, bujnie porośnięte roślinnością. Co chwilę mija się wartkie strumyki, po wejściu na szczyty rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na wybrzeże, a co jakiś czas, szlak prowadzi w dół na plaże, na których można wylegiwać się całymi godzinami na słońcu.

Przez pierwsze 4 dni poza trekkingiem i podziwianiem widoków nie wiele się działo. Pogoda była idealna. Jednak ostatniego dnia, ranek nie był już taki ładny. Lekko padał deszcz, a wiatr wiał tak mocno, że wyrwało mi 2 śledzie z namiotu. Nie mogłem przeczekać tej zmiany pogody, bo miałem już zarezerwowany i opłacony bilet na motorówkę, która miała mnie zabrać do Marahau. Także zebrałem się w sobie, złożyłem namiot, spakowałem wszystkie rzeczy i ruszyłem przed siebie. Podczas marszu pogoda się pogorszyła. Idąc po plaży, musiałem się mocno zapierać, żeby wiatr nie ściął mnie z nóg. Deszcz rozpadał się tak mocno, że całkowicie przemokłem i stopy dosłownie pływały w moich butach. Nie chciałem się jednak zatrzymywać, bo nie wiedziałem, czy pogoda się polepszy i jeśli tak to kiedy.

Zresztą z pogodą się nie dyskutuje. Jak mówi stare, mądre, indiańskie przysłowie — jak pada deszcz, to człowiek moknie. Także nie myśląc specjalnie o tym, dlaczego pada teraz deszcz — szedłem i mokłem.

Po kilku godzinach dotarłem do miejsca, z którego miała mnie zabrać motorówka. Okazało się, że trasę pokonałem tak dziarsko, że mam jeszcze ponad 2 godziny wolnego czasu. Pocieszał mnie fakt, że pogoda już się poprawiła, a ja w plecaku mam jeszcze pół butelki rumu i czekoladę dla poprawy morali. Przysiadłem się więc do grupki ludzi, wylałem wodę z butów i zabrałem się za konsumpcje. Po kilku minutach niedaleko mnie stanął mężczyzna ubrany w odblaskowy płaszcz przeciwdeszczowy i krzyknął, że jeśli ktoś chce się wcześniej zabrać do Marahau to ma jeszcze wolne miejsca. Spakowałem szybko plecak, złapałem butelkę rumu w rękę i ruszyłem w stronę motorówki, żeby nikt mi miejsca nie podsiadł. Gdy odbiliśmy od brzegu, to mężczyzna za sterami się w tańcu nie pierdolił. Pomimo że pogoda co prawdę już się trochę poprawiła, to jednak cała ta podróż bardziej przypominała mi roller coster niż płynięcie łódką. W każdym razie frajdę miałem niesamowitą z tej przejażdżki i nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się u celu.

Na miejscu znalazłem kafejkę, gdzie pozwolono mi skorzystać z telefonu, bo oczywiście nie miałem zasięgu. Zadzwoniłem do tego farmera. W sumie myślę sobie, czemu by nie spróbować jak wygląda taka praca. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie i zostanie mi pieniędzy na inne rzeczy. Po krótkiej rozmowie okazało się, że ten mężczyzna będzie w okolicy za kilka godzin i może mnie zabrać do siebie. Także od wczoraj siedzę gdzieś w NZ pomiędzy górami i „pracuje” na farmie. Ale o farmie napiszę więcej jak już ją opuszczę