Pomysł wyjazdu w Bieszczady zimą chodził mi po głowie od kilku lat i w końcu udało się go zrealizować. Plan był zacny, pierwszego dnia chcieliśmy wejść od strony Ustrzyk Górnych na Tarnicę i zejść od strony Wołosatego. Ale wiadomo jak to z planami bywa. Człowiek czasem myśli, że piernie, a … no wiadomo, może wyjść inaczej… W każdym razie w dolnych partiach gór, kiedy szliśmy jeszcze przez las, wszystko wydawało się być OK. Kiedy jednak weszliśmy na mniej porośnięty drzewami obszar, wiatr wiał mocno, a widoczność była maksymalnie na kilkadziesiąt metrów.

Gdy odeszliśmy od jednego słupka wyznaczającego trasę na taką odległość, że straciliśmy go z oczu, a kolejnego nadal nie było widać, zdecydowaliśmy się zawrócić. Taka podróż zajęłaby nam za dużo czasu i nie wiadomo jaki byłby jej ostateczny efekt. Zresztą widoków z Tarnicy i tak byśmy nie mieli żadnych.

Kolejnego dnia przez Połoninę Wetlińską chcieliśmy dojść do Chatki Puchatka, tam przenocować, zrobić zdjęcia rozgwieżdżonego nieba nocą i kolejnego dnia wrócić do Wetliny – tym samy kończąc krótki rajd po Bieszczadach.  Tam jednak od Przełęczy Orłowicza widok był podobny jak dnia poprzedniego – czyli właściwie nie było go wcale. Tym razem zdecydowaliśmy się jednak nie rezygnować tak łatwo i przejść granią. Wiało tak mocno, że jeśli kijki trekingowe miało się zawieszone tylko na nadgarstku, zamiast trzymać mocno w dłoniach, to momentami przechylały się o 90 stopni. Mimo wszystko powoli, krok za krokiem, jakoś dotarliśmy do Chatki Puchatka. Plan robienia zdjęć odpuściliśmy sobie już kilka godzin wcześniej, ale ciągle braliśmy pod uwagę, żeby tam przenocować. Klimat w schronisku nie był jednak przyjazny. Nie było ogrzewania, temperatura musiała być bliska 0, bo na ścianach od wewnątrz zalegał śnieg, a w małym sklepiku nie było nikogo z obsługi, żeby kupić jakiś rozgrzewający napój. Jedyny plus był taki, że nie wiało. Do nocy było jeszcze kilka godzin, a nam po pół godziny siedzenia w bezruchu zaczęły dawać się we znaki przemoczone ubrania, chłód, ogólny bezsens czekania tam na nocleg, zaczęliśmy marudzić, co mój kolega skwitował:

„Jak człowiek siądzie i nic nie robi, to zawsze sobie znajdzie powód do narzekania…”

Tak więc zeszliśmy jeszcze tego samego dnia i zakończyliśmy ten krótki rajd jeszcze wcześniej niż było to w planach. Tym samym zyskaliśmy powód, żeby pojechać w Bieszczady zimą kolejny raz, ale tym razem zrobić jakieś konkretne zdjęcia 😉