Tag

Przygoda

Browsing

Życie w buddyjskim klasztorze

Gdy byłem jeszcze w Polsce, zastanawiałem się często, co mnie spotka w podróży. Nigdy jednak nawet nie przypuszczałem, że zamieszkam w buddyjskim klasztorze pośród mnichów. No ale zaczynając od początku… Podczas pobytu w hostelu w Bangkoku, wpadła mi w oko jedna dziewczyna z Kanady. Gdy tak rozmawialiśmy na różne tematy, okazało się, że Amanda, ukończyła kilka kursów medytacji i mocno mi polecała taki kurs. Podchodziłem do tego z dystansem, ale jako że mi się podobała, to powiedziałem, że już dawno o tym myślałem i definitywnie też taki kurs zrobię. Ona się ucieszyła, że kogoś namówiła, obiecała podesłać mi na mila wszystkie niezbędne informacje, itp. W każdym razie następnego dnia ona pojechała do innej części Tajlandii, z amorów nic nie wyszło, a ja zostałem z obietnicą. Kursy takie są organizowane przez specjalne ośrodki i prowadzą je wolontariusze. Co do ceny to nie ma jednej konkretnej. Po prostu uczestnicy przekazują dobrowolne dotacje wedle…

Bangkok i pływający targ

Jutro wyruszam w dalszą podróż na północ, więc korzystając z chwili wolnego, postanowiłem naskrobać parę zdań o Bangkoku. Co prawda poświęciłem kilka dni na zwiedzanie zabytków takich jak Wielki Pałac, buddyjskie świątynie i kilku innych miejsc, jednak głównie skupiłem się na tym, jak żyje lokalne społeczeństwo. W stolicy Tajlandii mieszka ponad 8 milionów osób, co jest dość sporą liczbą. Szczególnie dla mnie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że podróżowałem ostatnio po Nowej Zelandii, gdzie w całym kraju żyje niecałe 4,5 mln osób. Miasto jest zdecentralizowane i ma raczej kilka center niż jedno ścisłe, które można zlokalizować na mapie. Jak na tak duże miasto, niespecjalnie dziwi jego różnorodność. Można spotkać brudne dzielnice biedoty, cuchnące uryną i zobaczyć na ulicach samochody, którym prawa fizyki nie powinny pozwalać się przemieszczać. Te jednak mając sobie za nic prawa fizyki, pomykają dziarsko po mieście. Z drugiej strony można też spotkać nowoczesne biurowce, zadbane parki…

Festyn w Tajlandii

Tak jak wspominałem w poprzednim poście, chciałem poznać prawdziwą Tajlandię, a nie ten zatłoczony i komercyjny moloch. Żeby jednak zrozumieć, dlaczego coś wygląda dzisiaj tak, a nie inaczej, trzeba zrozumieć tego przyczyny, a nie skupiać się na skutkach. Z tego też powodu, po kilku dniach pobytu w Bangkoku postanowiłem udać się do Ayutthaya — miasta, które było poprzednią stolicą Tajlandii. Gdy przyjechałem do tego miasteczka, czekała na mnie nielicha niespodzianka. Okazało się, że odbywa się tam bardzo duży festiwal dotyczący dziedzictwa kulturowego Tajlandii. Po zostawieniu rzeczy w hostelu, nie tracąc czasu, ruszyłem sprawdzić co mnie może tam spotkać. Po tym festiwalu, mam wrażenie, że w Phuket lub w Bangkoku jedzenie robi się raczej na masę i żeby tylko zapchać żołądek. Na imprezie tej, było wiele budek z tradycyjnym tajskim jedzeniem. Nawet nie wiem, jak te potrawy się nazywały i z czego były zrobione — bo prawie nikt nie mówił tam…

Pierwsze dni w Tajlandii

Coś się kończy – coś się zaczyna. Takim też sposobem dobiegła końca moja podróż autostopem dookoła Nowej Zelandii, a rozpoczęła przygoda z Azją. Kilka dni temu wylądowałem w Tajlandii w prowincji Phuket. Miałem co prawda zarezerwowany hostel, ale nie bardzo miałem koncepcję jak mam się tam dostać. Znalazłem jakąś darmową ulotkę z mapą i gdy podszedłem do budki sprzedającej bilety na busa, sprzedawczyni nie chciała nawet spojrzeć na moją mapę. Sprzedała bilet i zajęła się kolejnym klientem. Gdy podszedłem do kierowcy, ten też nieszczególnie był zainteresowany, tym gdzie jadę. Zabrał ode mnie plecak, rzucił do bagażnika i popchnął w stronę drzwi prawie pełnego już busa. Po chwili ruszyliśmy, a ja nawet nie wiedziałem, w jakim kierunku zmierzamy. Po jakimś czasie bus zatrzymał się przy informacji turystycznej. Kazano mi siąść naprzeciwko jakiejś kobiety, która podobno miała mi wytłumaczyć co i jak. No i tak siadam, patrzę duża głowa, ręce dość owłosione……

Zatoka Milforda

Od mojego ostatniego wpisu pokonałem autostopem ponad 1100 km. Odwiedziłem fiordland, a tam zatokę Milforda — miejsce, które w 2008 roku zostało wybrane przez National Geographic Traveler jako najlepsze miejsce do odwiedzenia na świecie. Rzeczywiście robi wrażenie, ale nie będę pisał o tym, jak tam ładnie, bo cała NZ jest piękna, więc pisanie o tym stało się już dość monotematyczne. Wracając jednak do mojej podróży.  W dużym skrócie. Po fiordlandzie udałem się na wschodnie wybrzeże do miasteczka Dunadin, gdzie spędziłem noc u sympatycznej parki, którą poznałem w internecie. Wieczorem zabrali mnie na spacer, pokazali miasto i wypiliśmy wspólnie kilka piwek. Kolejnego dnia udałem się na 2 dni do Oamaru, gdzie miałem okazję zobaczyć pingwiny żyjące w środowisku naturalnym. Wczoraj natomiast dotarłem do największego miasta na wyspie południowej – Christchurch. Kilka zdań chciałbym poświęcić miasteczku Oamaru, ponieważ bardzo różni się ono od tego, co miałem okazję widzieć do tej pory w…

Propozycja nie do odrzucenia

Pewnego dnia, podczas mojej podróży autostopem dookoła Nowej Zelandii, niezbyt szło mi zatrzymywanie samochodów. Co prawda w planach miałem przejechanie nie tak znowu dużego dystansu, ale jak już udało mi się nawet kogoś zatrzymać, to mógł mnie podwieźć co najwyżej tylko kilka kilometrów. Gdy po kilku godzinach byłem gdzieś w połowie trasy, zatrzymał się obok mnie czarny samochód terenowy, z bardzo rozgadanym kierowcą i okazało się, że pan ten jedzie nad Blue Pools — miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, ale bardzo je zachwalał. Miałem w sumie jeszcze trochę czasu do zapadnięcia zmroku, więc zapytałem czy mogę z nim podjechać i zobaczyć to miejsce, a on nie miał nic przeciwko temu. Jak się okazało, Andrew przyjechał z Australii, żeby nagrywać filmy i robić zdjęcia w NZ. Gdy byliśmy na miejscu, wyciągnął z plecaka drona i zaczął nagrywać filmy z różnych perspektyw. Poprosił mnie też, żebym przeszedł kilka razy po…

Arthur’s Pass

Z Greymouth udałem się w kierunku parku narodowego Arthur’s Pass. Niespecjalnie szło mi łapanie stopa, a podróż jakoś się dłużyła. Po dość długiej trasie, gdy zbliżałem się już do parku miałem jednak dość spore szczęście. Podwózkę zaproponował mi mężczyzna, który jak się później okazało, jest z zawodu przewodnikiem. Takim też sposobem przejechałem przez cały park narodowy, mając prywatnego przewodnika  Opowiedział mi on dość sporo na temat tego miejsca oraz pomógł ustalić dalszy plan podróży. Swoimi opowieściami tak mnie zainspirował, że pomimo wcześniejszych innych planów, zdecydowałem się pozostać w tym parku i pochodzić trochę po górach. Następnego dnia obrałem szlak, którego pokonanie zajęło mi około 9h. Znaczną jego część nazwałbym raczej wspinaczką niż chodzeniem po górach. Trasa była tak stroma, że bez użycia rąk ciężko byłoby ją pokonać. Ale za jakie tam były widoki! W kolejnych dniach planowałem przemieszczać się cały czas na południe. Pomimo ciągłej zmiany położenia to z tym kierunkiem…

Mieszkałem przez tydzień u przypadkowo spotkanego człowieka

Minęło kilka godzin, zanim po ustaleniu miejsca spotkania, pojawił się na nim mój nowy pracodawca. Starszy mężczyzna z dużym brzuchem, siwymi włosami i brodą, przypominał bardziej Świętego Mikołaja niż farmera. Docelowe mieliśmy jechać do niego, ale przedtem chciał załatwić jeszcze kilka swoich spraw. Droga trochę mi się dłużyła, ale kierowca jakby czytając w moich myślach, zapytał czy nie mam ochoty na piwo. Z uśmiechem na twarzy otworzyłem butelkę, po czym kierowca poprosił, żebym jemu też otworzył jedną. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie przywykłem do tego, żeby ktoś kierował i popijał piwo w tym samym momencie, ale co tam. W końcu to mój pracodawca, wiec nie będę dyskutował. Jako ostatnie miejsce, obrał odwiedziny swojego kolegi. Gdy zajechaliśmy, zawołał mnie i poszliśmy we 3 do garażu. Tam po krótkiej rozmowie, wyciągnął marihuanę, rozpalił, podał koledze, a kolega mi. Myślę sobie, jak nie zapale to stwierdzą, że jestem popierdułka, a nie farmer.…

Abel Tassman

Ostatnio przebywałem w miejscach gdzie trudno jest o dostęp do internetu, więc nie dawałem żadnego znaku życia. Od wczoraj jednak mieszkam i „pracuje” na farmie, więc moja sytuacja z dostępem do świata lekko się poprawiła. No ale po kolei. Po opuszczeniu Picton udałem się w stronę miasteczka Nelson, a następnie Marahau. Odległość około 200 km, ale we mnie górę wzięło lenistwo i rozłożyłem tę drogę na 4 dni. W międzyczasie rozbijałem się po kempingach, leżałem na plecach, brzuchu lub którymś z boków, a jak leżenie mi się nudziło — to siedziałem. Czytałem książki i przemieszczałem się w ślimaczym tempie. Ostatni kierowca, którego zatrzymałem w drodze do Marahau, trasy wielkiej ze mną nie zrobił, bo tylko 10 km. Szybko się jednak zgadaliśmy i zaproponował mi, że mogę u niego mieszkać w najbliższym czasie. Układ prosty. Dziennie będę pracował około 4 godzin, a w zamian dostaje mieszkanie i jedzenie. Także wymieniliśmy się…

Wellington – stolica Nowej Zelandii

Jakoś nie mogłem zebrać się z hostelu w Taupo i opuściłem go, gdy na zegarze dochodziła już 12. Jako punkt docelowy obrałem oddaloną o prawie 400 kilometrów stolicę NZ — Wellington. Odległość mała nie jest, wiec postanowiłem rozłożyć ją na 2 dni podróży. Po około 1,5 godzinie marszu udało mi się złapać pierwszego stopa. Było to 2 informatyków, więc dość dobrze odnalazłem się w gadce branżowej. Podrzucili mnie kilkadziesiąt kilometrów, co w perspektywie całej trasy szału nie robi, no ale dobre i to. Później miałem dłuższy spacer i już zaczynałem w głowie przeklinać swoje lenistwo — dlaczego nie wyszedłem wcześniej, bo teraz pewnie nie zrobię nawet 100 km — gdy obok mnie zatrzymał się samochód terenowy. Wyszła z niego 60-letnia, dość pulchna kobieta o ciemnej karnacji (jak się później okazało Maoyrska) i zapytała gdzie jadę. No i strzał w 10, bo oboje zmierzaliśmy do Wellington. Zdecydowałem jednak zatrzymać się wcześniej…