Tag

Nowa Zelandia

Browsing

Zatoka Milforda

Od mojego ostatniego wpisu pokonałem autostopem ponad 1100 km. Odwiedziłem fiordland, a tam zatokę Milforda — miejsce, które w 2008 roku zostało wybrane przez National Geographic Traveler jako najlepsze miejsce do odwiedzenia na świecie. Rzeczywiście robi wrażenie, ale nie będę pisał o tym, jak tam ładnie, bo cała NZ jest piękna, więc pisanie o tym stało się już dość monotematyczne. Wracając jednak do mojej podróży.  W dużym skrócie. Po fiordlandzie udałem się na wschodnie wybrzeże do miasteczka Dunadin, gdzie spędziłem noc u sympatycznej parki, którą poznałem w internecie. Wieczorem zabrali mnie na spacer, pokazali miasto i wypiliśmy wspólnie kilka piwek. Kolejnego dnia udałem się na 2 dni do Oamaru, gdzie miałem okazję zobaczyć pingwiny żyjące w środowisku naturalnym. Wczoraj natomiast dotarłem do największego miasta na wyspie południowej – Christchurch. Kilka zdań chciałbym poświęcić miasteczku Oamaru, ponieważ bardzo różni się ono od tego, co miałem okazję widzieć do tej pory w…

Propozycja nie do odrzucenia

Pewnego dnia, podczas mojej podróży autostopem dookoła Nowej Zelandii, niezbyt szło mi zatrzymywanie samochodów. Co prawda w planach miałem przejechanie nie tak znowu dużego dystansu, ale jak już udało mi się nawet kogoś zatrzymać, to mógł mnie podwieźć co najwyżej tylko kilka kilometrów. Gdy po kilku godzinach byłem gdzieś w połowie trasy, zatrzymał się obok mnie czarny samochód terenowy, z bardzo rozgadanym kierowcą i okazało się, że pan ten jedzie nad Blue Pools — miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, ale bardzo je zachwalał. Miałem w sumie jeszcze trochę czasu do zapadnięcia zmroku, więc zapytałem czy mogę z nim podjechać i zobaczyć to miejsce, a on nie miał nic przeciwko temu. Jak się okazało, Andrew przyjechał z Australii, żeby nagrywać filmy i robić zdjęcia w NZ. Gdy byliśmy na miejscu, wyciągnął z plecaka drona i zaczął nagrywać filmy z różnych perspektyw. Poprosił mnie też, żebym przeszedł kilka razy po…

Arthur’s Pass

Z Greymouth udałem się w kierunku parku narodowego Arthur’s Pass. Niespecjalnie szło mi łapanie stopa, a podróż jakoś się dłużyła. Po dość długiej trasie, gdy zbliżałem się już do parku miałem jednak dość spore szczęście. Podwózkę zaproponował mi mężczyzna, który jak się później okazało, jest z zawodu przewodnikiem. Takim też sposobem przejechałem przez cały park narodowy, mając prywatnego przewodnika  Opowiedział mi on dość sporo na temat tego miejsca oraz pomógł ustalić dalszy plan podróży. Swoimi opowieściami tak mnie zainspirował, że pomimo wcześniejszych innych planów, zdecydowałem się pozostać w tym parku i pochodzić trochę po górach. Następnego dnia obrałem szlak, którego pokonanie zajęło mi około 9h. Znaczną jego część nazwałbym raczej wspinaczką niż chodzeniem po górach. Trasa była tak stroma, że bez użycia rąk ciężko byłoby ją pokonać. Ale za jakie tam były widoki! W kolejnych dniach planowałem przemieszczać się cały czas na południe. Pomimo ciągłej zmiany położenia to z tym kierunkiem…

Mieszkałem przez tydzień u przypadkowo spotkanego człowieka

Minęło kilka godzin, zanim po ustaleniu miejsca spotkania, pojawił się na nim mój nowy pracodawca. Starszy mężczyzna z dużym brzuchem, siwymi włosami i brodą, przypominał bardziej Świętego Mikołaja niż farmera. Docelowe mieliśmy jechać do niego, ale przedtem chciał załatwić jeszcze kilka swoich spraw. Droga trochę mi się dłużyła, ale kierowca jakby czytając w moich myślach, zapytał czy nie mam ochoty na piwo. Z uśmiechem na twarzy otworzyłem butelkę, po czym kierowca poprosił, żebym jemu też otworzył jedną. Trochę mnie to zdziwiło, bo nie przywykłem do tego, żeby ktoś kierował i popijał piwo w tym samym momencie, ale co tam. W końcu to mój pracodawca, wiec nie będę dyskutował. Jako ostatnie miejsce, obrał odwiedziny swojego kolegi. Gdy zajechaliśmy, zawołał mnie i poszliśmy we 3 do garażu. Tam po krótkiej rozmowie, wyciągnął marihuanę, rozpalił, podał koledze, a kolega mi. Myślę sobie, jak nie zapale to stwierdzą, że jestem popierdułka, a nie farmer.…

Abel Tassman

Ostatnio przebywałem w miejscach gdzie trudno jest o dostęp do internetu, więc nie dawałem żadnego znaku życia. Od wczoraj jednak mieszkam i „pracuje” na farmie, więc moja sytuacja z dostępem do świata lekko się poprawiła. No ale po kolei. Po opuszczeniu Picton udałem się w stronę miasteczka Nelson, a następnie Marahau. Odległość około 200 km, ale we mnie górę wzięło lenistwo i rozłożyłem tę drogę na 4 dni. W międzyczasie rozbijałem się po kempingach, leżałem na plecach, brzuchu lub którymś z boków, a jak leżenie mi się nudziło — to siedziałem. Czytałem książki i przemieszczałem się w ślimaczym tempie. Ostatni kierowca, którego zatrzymałem w drodze do Marahau, trasy wielkiej ze mną nie zrobił, bo tylko 10 km. Szybko się jednak zgadaliśmy i zaproponował mi, że mogę u niego mieszkać w najbliższym czasie. Układ prosty. Dziennie będę pracował około 4 godzin, a w zamian dostaje mieszkanie i jedzenie. Także wymieniliśmy się…

Wellington – stolica Nowej Zelandii

Jakoś nie mogłem zebrać się z hostelu w Taupo i opuściłem go, gdy na zegarze dochodziła już 12. Jako punkt docelowy obrałem oddaloną o prawie 400 kilometrów stolicę NZ — Wellington. Odległość mała nie jest, wiec postanowiłem rozłożyć ją na 2 dni podróży. Po około 1,5 godzinie marszu udało mi się złapać pierwszego stopa. Było to 2 informatyków, więc dość dobrze odnalazłem się w gadce branżowej. Podrzucili mnie kilkadziesiąt kilometrów, co w perspektywie całej trasy szału nie robi, no ale dobre i to. Później miałem dłuższy spacer i już zaczynałem w głowie przeklinać swoje lenistwo — dlaczego nie wyszedłem wcześniej, bo teraz pewnie nie zrobię nawet 100 km — gdy obok mnie zatrzymał się samochód terenowy. Wyszła z niego 60-letnia, dość pulchna kobieta o ciemnej karnacji (jak się później okazało Maoyrska) i zapytała gdzie jadę. No i strzał w 10, bo oboje zmierzaliśmy do Wellington. Zdecydowałem jednak zatrzymać się wcześniej…

Tongariro Crossing

Wczoraj pogoda trochę się poprawiła więc, zamiast siedzieć w jednym miejscu, wyruszyłem na kilkogodzinną wędrówkę wzdłuż Waikato River. Szedłem sobie spokojnie wzdłuż, rzeki myśląc o różnych głupotach, gdy nagle usłyszałem wrzask kobiety, w którym dało się wyraźnie wyczuć nutę przerażenia. Krzyk dobiegał dokładnie z tego kierunku, w którym zmierzałem. Pomimo kilku myśli, które podpowiedziała mi moja wyobraźnia, nie zatrzymałem się i szedłem dalej. Chyba mam jakieś skłonności do czarno widzenia, bo oczywiście za zakrętem nikt nie był mordowany, okradany ani gwałcony. Na jednym z urwisk odbywały się po prostu skoki na bungee. Popatrzyłem trochę na całe to przedstawienie i ruszyłem dalej. Po około 1,5 godziny dotarłem w końcu do mojego punktu docelowo -zwężenia rzeki. Miejsce to nosi nazwę ice-blue i kolor rzeczywiście się zgadza. Na długości dziewięciometrowego zwężenia w ciągu każdej sekundy przepływa 200 000 litrów wody. Mówiąc inaczej — w przeciągu minuty można by napełnić wodą 5 basenów olimpijskich.…

Gorące źródła w Nowej Zelandii

Z hostelu w Hamilton wymeldowałem się około godziny 10 i wyruszyłem w kierunku miasta Rotoura. Założyłem sobie, że będę robił postój i odpoczynek co 3 godziny marszu, ale już po pierwszej godzinie wiedziałem, że przeceniłem swoje możliwości. Zmniejszyłem założenie do 2 godzin, ale i tak nie doczekałem się zakładanego odpoczynku. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach obok mnie zatrzymał się samochód, uchyliła się szyba i mężczyzna w środku zaproponował podwiezienie. Okazało się, że jedzie dokładnie tam gdzie ja. Jako że mieliśmy do przejechania ponad 100 km, a co za tym idzie dość sporo czasu na rozmowę, każdy zaczął opowiadać swoją historię. I tutaj chyba nie skłamie, jeśli powiem, że była to jedna z najbardziej interesujących osób, z jaką miałem okazję do tej pory rozmawiać. Okazało się, że mężczyzna ten jest zapalonym podróżnikiem i pewnego dnia rzucił wszystko i podróżował przez 11 lat. Opowiadał mi o tym, jak pracował przez 7 lat jako…

Początek przygody

Początkowo miałem prowadzić tylko zamkniętą grupę na FB dla najbliższych i pisać co jakiś czas wiadomości, żeby wiedzieli, czy żyję. Jednak trochę znajomych pisze do mnie, co tam słychać więc pomyślałem, że w sumie skoro i tak publikuje te informacje, to może kogoś zainteresuje jak świat wygląda i jak mi się w nim żyje. Zaczynając prowadzić tego bloga jestem w Nowej Zelandii, tylko co ja właściwie tam robię? Tego sam się nie spodziewałem jeszcze kilka miesięcy temu. Zaczęło się niewinnie. Miałem bardzo fajną pracę jako programista. Pewnego dnia w moim biurze zwolniło się biurko obok dużego okna, a ja pomyślałem, że będzie fajnie mieć widok na zewnątrz, a nie na kuchnię. I jak tam siadłem to nie mogłem już tam usiedzieć. Co chwilę, gdy spojrzałem na prawo to albo ktoś jechał na rowerze, albo biegał, a to innym razem widziałem śmiejących się ludzi, a to jakaś ładna dziewczyna szła ulicą……