Jakoś nie mogłem zebrać się z hostelu w Taupo i opuściłem go, gdy na zegarze dochodziła już 12. Jako punkt docelowy obrałem oddaloną o prawie 400 kilometrów stolicę NZ — Wellington. Odległość mała nie jest, wiec postanowiłem rozłożyć ją na 2 dni podróży. Po około 1,5 godzinie marszu udało mi się złapać pierwszego stopa. Było to 2 informatyków, więc dość dobrze odnalazłem się w gadce branżowej. Podrzucili mnie kilkadziesiąt kilometrów, co w perspektywie całej trasy szału nie robi, no ale dobre i to. Później miałem dłuższy spacer i już zaczynałem w głowie przeklinać swoje lenistwo — dlaczego nie wyszedłem wcześniej, bo teraz pewnie nie zrobię nawet 100 km — gdy obok mnie zatrzymał się samochód terenowy. Wyszła z niego 60-letnia, dość pulchna kobieta o ciemnej karnacji (jak się później okazało Maoyrska) i zapytała gdzie jadę. No i strzał w 10, bo oboje zmierzaliśmy do Wellington. Zdecydowałem jednak zatrzymać się wcześniej na campingu. Stwierdziłem, że jak tak będę ciągle rozbijał się po hostelach, to w końcu zabraknie mi pieniędzy na jedzenie. Po kilkugodzinnej podróży i zmieniających się jak w kalejdoskopie krajobrazach dotarliśmy do obranej przeze mnie miejscowości.

Camping był oddalony od głównej trasy o jakieś 5 km, ale ta starsza pani postanowiła, że zawiezie mnie bezpośrednio na camping i nie ma innej opcji. Na pożegnanie zamiast standardowego uśmiechu czy uścisku dłoni, przytuliła mnie serdecznie jakbyśmy byli bliską rodziną i pojechała dalej.

Następnego dnia po złapaniu kilku autostopów, udało mi się dotrzeć do Wellington. Miałem tam spędzić 2 noce u Eduardo – chłopaka z Brazylii, którego poznałem na couchsurfingu. Nieładnie było mi iść do kogoś z pustymi rekami, więc postanowiłem kupić jakiś alkohol. Dla mnie – Polaka – zaskakujący jest fakt, ze w sklepach nie ma mocnych alkoholi – są tylko piwa i wina. Żeby kupić wódkę, whisky, czy cokolwiek mocniejszego trzeba znaleźć sklep, który specjalizuje się tylko i wyłącznie w alkoholach. Gdy w końcu taki znalazłem, czekały na mnie kolejne zaskoczenia. Chciałem kupić wódkę, a tam okazało się, że nie mają butelek 0,5l i 0,7l. Dostępne było kilka marek w butelkach 1l i jedna w 0,3l. Kolejnym zaskoczeniem była cena: 1l – około 110zl. Także wziąłem 0,3 smirnoffa, żeby było taniej. Zapłaciłem, łapie za butelkę i aż zamarłem… Wódka była w plastiku! Myślę sobie nie, no duma i honor Polaka, nie pozwoli mi, żebym szedł do kogoś w gości z wódką w plastiku. Najwyżej nie będę jadł  I wymieniłem na 1l w szkle. Wyposażony w taki ekwipunek dość szybko zaprzyjaźniliśmy się z Eduardo i znaleźliśmy wiele wspólnych tematów do rozmów.

Co do samego Wellington to chyba po wizycie w Auckland miałem zbyt wygórowane wymagania co do stolicy. Budynki do nowych nie należą, a w mieście czuje się jednak swojego rodzaju presję i to, że wszyscy są dla siebie anonimowi. Dodatkowo centrum (dzielnica portowa) położone jest w dole, więc żeby się gdziekolwiek dostać, trzeba wdrapywać się pod górkę. Ogólnie centrum miasta nie jest zbyt wielkie. Drugiego wieczoru Eduardo postanowił pokazać mi nocne życie w stolicy – i co ciekawe życia tam prawie nie ma. Fakt, faktem był to poniedziałek, no ale o godzinie 23 prawie wszystkie bary były już pozamykane. Dodatkowo ludzi było w mieście tak mało, że czułem się trochę jak mieście duchów. Dowiedziałem się też z relacji innych osób, że NZ jest bardzo fajnym miejscem dla ludzi, którzy chcą się ustabilizować, ale nie dla kogoś, kto lubi poimprezować. Eduardo opowiadał mi na przykład, że był na koncercie rockowym i nie mógł tam nawet piwa kupić. Także jedyne co mu zaproponował barman to kawa. No to fajny koncert myślę 

W każdym razie nie jest tak, że widzę same minusy. W Wellington można zobaczyć dość sporo rzeczy za darmo. Mają na przykład 2 ogólnodostępne muzea, w tym jedno aż 6 piętrowe z misternie dopracowanymi ekspozycjami. Byłem też na wycieczce w parlamencie oraz w Weta Cave. I co to jest to ostatnie? Tutaj dowiedziałem się czegoś, co mnie bardzo zdziwiło. Zawsze cały przemysł filmowy kojarzył mi się z USA. A tu proszę, okazuje się, że to właśnie w Weta Cave były tworzone efekty specjalne i rekwizytu do filmów takich jak Avatar, Władca Pierścieni, Planeta Małp, King Kong i wiele, wiele innych. Nie mogę też pominąć panoramy miasta. Żeby ją zobaczyć musiałem zrobić kilka kilometrów pod górkę, ale naprawdę robi wrażenie.

Przedwczoraj o godzinie 5 po południu miałem prom na wyspę południową. Po kilku godzinach dobiliśmy do portu w Picton, gdzie spędziłem 2 noce. W miasteczku może zbyt wiele do zwiedzania nie ma i pogoda jest raczej kiepska, ale przynajmniej pozwoliło mi to wstępnie opracować dalszy plan podróży. Pisząc ten tekst jestem w bibliotece publicznej (bo nigdzie indziej nie udało mi się znaleźć dostępu do komputera) i zaraz ruszam dalej.

Czyli podsumowując, jestem już na wyspie południowej, a co za tym idzie, można powiedzieć, że moja główna przygoda z NZ właśnie się zaczyna