Jakiś czas temu dostałem kontrakt na 6 miesięcy w Kuala Lumpur + mam do tego kilka prywatnych projektów, więc niedługo zaczynam pracę pełną parą. Przed tym projektowym maratonem i podczas oczekiwania na wizę pracowniczą, postanowiłem jednak wyrwać się gdzieś przynajmniej na kilka tygodni. Wybór padł na Filipiny.

Planując podróż, jeden chłopak z couchsurfingu zaproponował mi, że zamierza ze swoją koleżanką zorganizować trekking dzień po moim przylocie. Zamierzają spędzić noc w namiocie i jeśli mam ochotę, to mogę się do nich przyłączyć. Cała akcja miała się odbyć niedaleko Manili, stolicy Filipin, do której miałem wykupiony bilet. Nie mogli mi jednak zaproponować noclegu w ich mieszkaniach na pierwszą noc. Z tego też powodu w oczekiwaniu na trekking, zaakceptowałem pierwszy nocleg u innej dziewczyny z CS. Oczywiście jak to w podróżach organizowanych przeze mnie bywa, po raz kolejny nie wszystko poszło zgodnie z planami. I po raz kolejny nie mogę mówić, że na złe mi to wyszło.

Dzień przed przybyciem do Manili, dostałem informacje, że jednak trekking jest odwołany. Miałem już tak ustalone plany, że za kolejne 4 dni musiałem być ponownie w Manili, więc nie mogłem się specjalnie oddalać. Miałem zapewniony nocleg tylko na jedną noc i nie wiedziałem co dalej mam ze sobą robić. Do miasta przybyłem około 5 nad ranem, a u tej dziewczyny z CS byłem około 9. Trochę ją zdziwiło, że przyjechałem do obcego kraju i nie mam żadnych planów na najbliższych kilka dni… No ale to w końcu jej miasto, więc zaproponowałem, żeby to ona coś zorganizowała 

Było dość wcześnie, więc zgodnie z jej propozycją, pojechaliśmy kilkaset kilometrów poza miasto. Podobno znała tam fajne miejsce do trekkingu. Jak pomyślała, tak zrobiliśmy. Wziąłem ze sobą tylko podręczne rzeczy potrzebne na kilka najbliższych godzin i ruszyliśmy. Po pewnym czasie dotarliśmy do małego miasteczka Batangas. Tam przed trekkingiem tak się objedliśmy pizzą, że ledwo co miałem siłę wstać od stołu, nie mówiąc już o tym, żeby chodzić po górach. Jednak nie po to jechaliśmy kilka godzin, żeby zjeść pizze na prowincji i wrócić. Z nieba lał się niesamowity skwar, byliśmy przepełnieni jedzeniem i ostatecznie pokonanie trasy zajęło nam 2 razy więcej czasu niż zakładaliśmy. Na szczycie góry też się zasiedzieliśmy i gdy zeszliśmy na dół, było już totalnie ciemno. Tak więc nie bardzo była opcja, żeby wrócić do niej do domu.

Nie było jednak tak źle jak można przypuszczać. Okazało się, że w miejscu, w którym wylądowaliśmy, Lis robi kurs divemaster-a i zna ludzi, którzy mogą nam ewentualnie zapewnić nocleg. Co prawda, gdy dzwoniła do nich, to nie dawali znaku życia. W ich domu też nikogo nie zastaliśmy i ogólnie nie mogliśmy się z nimi skontaktować. Skoro i tak nie mieliśmy zbytniego wyboru, postanowiliśmy po prostu pójść na molo i wypić rum z kolą. Czasem zamiast się ciśnieniować, najlepiej po prostu poczekać, aż problemy same się rozwiążą  Tak na marginesie — za 10zł można kupić 0,5 litra rumu.

W trakcie błogiego relaksu przyszła do nas koleżanka Lis, która jest instruktorką nurkowania. Jako że mieliśmy już trochę alkoholu we krwi, ustaliliśmy, że kolejnego dnia zrobię kurs nurkowania. Co prawda chodziło mi to kiedyś po głowie, ale nie spodziewałem się, że zdarzy się to tak niespodziewanie. Na dodatek dostałem po znajomości ofertę 2-3 razy tańszą niż normalnie to nad czym się tu zastanawiać.

Następnego dnia około 10 rano, po krótkim szkoleniu, założyłem całe oprzyrządowanie nurka i ruszyłem do wody. Ciężko opisać to uczucie, gdy zanurzasz się pod wodę i nagle wszystkie prawa fizyki, jakie do tej pory znałeś przestają obowiązywać. Czas zwolnił, wszystko wyglądało totalnie inaczej, mogłem oddychać pod wodą i czułem się jak w innym świecie. Niesamowite uczucie… Popływałem pośród raf koralowych i różnokolorowych ryb, nie czując wiele poza wszechobecną błogością. No ale oczywiście nie obeszło się bez żadnej draki. Coś nie do końca szła mi equalizacja i po wyjściu z wody leciała mi krew z nosa. Co zrobić, nie wszystko zawsze musi być idealnie.

Po zakończonym pływaniu ciągle nie miałem koncepcji na ostatni dzień. Jednak i tutaj Lis wyszła z bardzo ciekawą propozycją. Otóż kilkadziesiąt kilometrów od nas znajdowała się wyspa „Fortune Island”, którą od dłuższego czasu chciała odwiedzić. Zaproponowała, że możemy tam wspólnie popłynąć. Oczywiście, że się tam wybraliśmy. Kolejnego dnia z rana po zmianie kilku środków lokomocji, dotarliśmy do punktu docelowego. Wyspa oddalona w najkrótszej linii 14km od lądu. Trochę tam popływaliśmy, trochę poobijaliśmy na plaży nic nie robiąc. Gdy nadchodziła noc, zebraliśmy drewno na ognisko, rozbiliśmy namiot z dala od ludzi i uciekło gdzieś kolejne kilka godzin. Na całej wyspie na noc zostaliśmy może z 15 innymi osobami rozlokowanymi w różnych częściach, tak że nikt nikomu nie przeszkadzał. Taką miałem frajdę z tego mieszkania na „bezludnej wyspie”, że po tym przeżyciu będę chyba musiał sobie dopisać do mojej listy „to-do”, kupienie prywatnej wyspy 😀

Kolejnego dnia miałem już ustalone plany, więc specjalnego wyboru nie było. Musiałem wracać, ale co tu dużo mówić. Pojechałem na kilka godzin, wróciłem po 4 dniach z odhaczonym nurkowaniem i noclegiem na „bezludnej wyspie”. Oby więcej takich nieplanowanych przygód