Z hostelu w Hamilton wymeldowałem się około godziny 10 i wyruszyłem w kierunku miasta Rotoura. Założyłem sobie, że będę robił postój i odpoczynek co 3 godziny marszu, ale już po pierwszej godzinie wiedziałem, że przeceniłem swoje możliwości. Zmniejszyłem założenie do 2 godzin, ale i tak nie doczekałem się zakładanego odpoczynku. Po kolejnych kilkudziesięciu minutach obok mnie zatrzymał się samochód, uchyliła się szyba i mężczyzna w środku zaproponował podwiezienie. Okazało się, że jedzie dokładnie tam gdzie ja. Jako że mieliśmy do przejechania ponad 100 km, a co za tym idzie dość sporo czasu na rozmowę, każdy zaczął opowiadać swoją historię.

I tutaj chyba nie skłamie, jeśli powiem, że była to jedna z najbardziej interesujących osób, z jaką miałem okazję do tej pory rozmawiać.

Okazało się, że mężczyzna ten jest zapalonym podróżnikiem i pewnego dnia rzucił wszystko i podróżował przez 11 lat. Opowiadał mi o tym, jak pracował przez 7 lat jako kierowca ciężarówki na pustyni, jak wyglądają wioski i zwyczaje ostatnich dziko żyjących plemion w Afryce, jak przez 2 lata pracował na safari i karmił lwy, jak wyglądała Syria jeszcze przed wojną… Oj długo by pisać. Opowiadał takie historie, że gdyby nie to, że na telefonie miał pokaźną kolekcję zdjęć z tych wypraw, to chyba bym mu nie uwierzył. Podczas takiej rozmowy nawet nie zauważyłem, kiedy minęła mi cała podróż.

W każdym razie wracając do Rotoura. Miasto znajduje się w centralnej części wyspy północnej i posiada największy odsetek (bo aż 35%) rdzennych mieszkańców – Maorysów. Jest również uważane za stolicę zjawisk geotermalnych w Nowej Zelandii. Można natrafić tam na różnego rodzaju gorące źródła, gejzery, a w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach siarkowodoru. Mówiąc wprost – czasami w nos wdziera się zapach zgniłego jajka. Miasteczko jest dość komercyjne, przepełnione turystami, hotelami, różnego rodzaju pubami i restauracjami. Jako że nie tego szukam w NZ, pomimo dość późnej pory zdecydowałem się opuścić miasto i ruszyć dalej na południe. Zatrzymałem się nad oddalonym od turystów jeziorem Rerewhakaaitu. No i znalazłem to, czego szukałem.

Nad dość sporym jeziorem, poza mną były jeszcze 2 campery oddalone ode mnie o kilkaset metrów. Jako że jestem tutaj na wakacjach, a do tej pory nie miałem nawet okazji odespać porządnie podróży, zdecydowałem spędzić tam cały kolejny dzień i najzwyczajniej w świecie się obijać. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Obijanie się tak mnie pochłonęło, że leżałem przez kilka godzin na słońcu i tak sobie spaliłem plecy, że na następny dzień myślałem, że plecaka nie założę 

Nie zważając na spalone plecy, postanowiłem jednak ruszyć dalej. Jezioro było dość oddalone od cywilizacji więc dopiero po około godzinie marszu natrafiłem na samochód, który jechał w tym samym kierunku. Machałem, żeby się zatrzymał, ale mnie zignorował. Po kilku minutach chyba sobie jednak kierowca coś przemyślał, bo zawrócił i podrzucił mnie kilka kilometrów do głównej drogi. Po wyjściu z samochodu nie zdążyłem nawet dobrze zorientować się w mapie, a obok mnie zatrzymało się starsze małżeństwo. Zapytało gdzie jadę. W moich planach były naturalne źródła geotermalne. Parę dni wcześniej, kobieta w informacji turystycznej zaznaczyła mi je mniej więcej na mapie, jednak nie wiedziałem dokładnie gdzie ono się znajduje, bo wyglądało to jakby było w szczerym polu. Na moje szczęście, to starsze małżeństwo było na tyle uprzejme i obyte z Nową Zelandią, że znało to miejsce i zawieźli mnie bezpośrednio do punktu docelowego.

Jakieś 2 km przed moimi źródłami, minęliśmy komercyjny ośrodek przepełniony turystami, a za wejście trzeba zapłacić około 150zł. Tam gdzie ja zmierzałem, ludzi prawie nie było, opłaty wejściowej też nie było, ale za to miejsce było wymarzone. W jednym miejscu mieszały się ze sobą 2 źródła. Z jednego płynęła zimna woda, a z drugiego gorąca. Także w zależności od upodobań, można było usadowić się w takim miejscu, żeby temperatura była idealna. Jako że po dniu wczorajszym miałem już praktykę w nic nierobieniu, nie pozwoliłem, żeby poszła ona na marne. Obrałem sobie odpowiednie miejsce i siedziałem tak w gorących źródłach kilka godzin. W końcu, niechętnie, stwierdziłem, że jak tak będę siedział za długo, to jeszcze zmyje z siebie warstwę ochronną brudu i się rozchoruje. Także osuszyłem się i ruszyłem w dalszą podróż – nad jezioro Taupo.

Ta część podróży jakoś mi nie szła. Sporo kilometrów musiałem przejść, a z łapanie stopa też mi jakoś nic nie pasowało. Podwoziły mnie chyba z 4 różne samochody, ale każdemu nie było po drodze. Mógł mnie podwieźć co najwyżej kilka kilometrów, w porywach do kilkunastu. Gdy dotarłem nad jezioro, słońce chyliło się już ku zachodowi, a ja nie miałem jeszcze w głowie koncepcji, gdzie będę nocował. Słyszałem, że w nocy ma padać (co się później okazało prawdą), więc stwierdziłem, że najlepszym rozwiązaniem będzie spędzenie nocy w hostelu. Udało mi się zakwaterować w jednym z tańszych mieście. Po zostawieniu rzeczy w pokoju i wymianie kilku zdań z recepcjonistą ten poczęstował mnie piwem i opowiedział dokładnie o całym mieście.

Na koniec dnia spotkała mnie sytuacja, którą nie wiem jak skomentować. Okazało się, że mój laptop się zepsuł. Szkoda trochę, bo około 1,5k zł straty. Utrudni mi to też kontakt ze światem zewnętrznym. No, ale nie ma co rozpaczać, w sumie tak może miało być. Będę miał przynajmniej o te kilka kilogramów lżejszy plecak 😉

Także kilka najbliższych dni spędzę jeszcze nad Taupo, poczekam na poprawę pogody, bo ciągle pada, pozwiedzam okolice, porobię zdjęcia i ruszam dalej na południe. Jak będę miał dostęp do komputera i chwilę czasu to postaram się coś jeszcze naskrobać i opublikować w internecie. Pozdro!