Kategoria

Fotografia

Kategoria

Wielkanoc na Filipinach

Będąc w niewielkiej miejscowości San Pedro Cutud na Filipinach poznałem niezwykłego mężczyznę. Na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym od milionów innych filipińczyków, ale jak wiadomo pozory często mylą. Odwiedziłem go w jego domu wieczorem w Wielki Czwartek. Był to dla niego dość wyjątkowy moment, bo już kolejnego dnia miał przejść przez całą drogę krzyżową, by na końcu zostać przybity do krzyża, dość pokaźnych rozmiarów gwoździami. Zresztą już po raz 30 w jego życiu. Gdy spotkałem Rubena Eñaje, bo tak się nazywa ten mężczyzna, sprawiał wrażenie kogoś nadnaturalnie spokojnego. Zachowywał się tak, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że już za kilkanaście godzin zawiśnie na krzyżu. Pomimo że był już krzyżowany wielokrotnie, na jego dłoniach trudno było dopatrzyć się jakichkolwiek śladów po gwoździach. Dopiero gdy dotknąłem jego rąk, mogłem wyczuć stwardniałe blizny. Zastanawiało mnie, dlaczego właściwie zdecydował się na coś takiego. Opowiedział, że gdy jeszcze jako…

Życie w buddyjskim klasztorze

Gdy byłem jeszcze w Polsce, zastanawiałem się często, co mnie spotka w podróży. Nigdy jednak nawet nie przypuszczałem, że zamieszkam w buddyjskim klasztorze pośród mnichów. No ale zaczynając od początku… Podczas pobytu w hostelu w Bangkoku, wpadła mi w oko jedna dziewczyna z Kanady. Gdy tak rozmawialiśmy na różne tematy, okazało się, że Amanda, ukończyła kilka kursów medytacji i mocno mi polecała taki kurs. Podchodziłem do tego z dystansem, ale jako że mi się podobała, to powiedziałem, że już dawno o tym myślałem i definitywnie też taki kurs zrobię. Ona się ucieszyła, że kogoś namówiła, obiecała podesłać mi na mila wszystkie niezbędne informacje, itp. W każdym razie następnego dnia ona pojechała do innej części Tajlandii, z amorów nic nie wyszło, a ja zostałem z obietnicą. Kursy takie są organizowane przez specjalne ośrodki i prowadzą je wolontariusze. Co do ceny to nie ma jednej konkretnej. Po prostu uczestnicy przekazują dobrowolne dotacje wedle…

Bangkok i pływający targ

Jutro wyruszam w dalszą podróż na północ, więc korzystając z chwili wolnego, postanowiłem naskrobać parę zdań o Bangkoku. Co prawda poświęciłem kilka dni na zwiedzanie zabytków takich jak Wielki Pałac, buddyjskie świątynie i kilku innych miejsc, jednak głównie skupiłem się na tym, jak żyje lokalne społeczeństwo. W stolicy Tajlandii mieszka ponad 8 milionów osób, co jest dość sporą liczbą. Szczególnie dla mnie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że podróżowałem ostatnio po Nowej Zelandii, gdzie w całym kraju żyje niecałe 4,5 mln osób. Miasto jest zdecentralizowane i ma raczej kilka center niż jedno ścisłe, które można zlokalizować na mapie. Jak na tak duże miasto, niespecjalnie dziwi jego różnorodność. Można spotkać brudne dzielnice biedoty, cuchnące uryną i zobaczyć na ulicach samochody, którym prawa fizyki nie powinny pozwalać się przemieszczać. Te jednak mając sobie za nic prawa fizyki, pomykają dziarsko po mieście. Z drugiej strony można też spotkać nowoczesne biurowce, zadbane parki…

Festyn w Tajlandii

Tak jak wspominałem w poprzednim poście, chciałem poznać prawdziwą Tajlandię, a nie ten zatłoczony i komercyjny moloch. Żeby jednak zrozumieć, dlaczego coś wygląda dzisiaj tak, a nie inaczej, trzeba zrozumieć tego przyczyny, a nie skupiać się na skutkach. Z tego też powodu, po kilku dniach pobytu w Bangkoku postanowiłem udać się do Ayutthaya — miasta, które było poprzednią stolicą Tajlandii. Gdy przyjechałem do tego miasteczka, czekała na mnie nielicha niespodzianka. Okazało się, że odbywa się tam bardzo duży festiwal dotyczący dziedzictwa kulturowego Tajlandii. Po zostawieniu rzeczy w hostelu, nie tracąc czasu, ruszyłem sprawdzić co mnie może tam spotkać. Po tym festiwalu, mam wrażenie, że w Phuket lub w Bangkoku jedzenie robi się raczej na masę i żeby tylko zapchać żołądek. Na imprezie tej, było wiele budek z tradycyjnym tajskim jedzeniem. Nawet nie wiem, jak te potrawy się nazywały i z czego były zrobione — bo prawie nikt nie mówił tam…

Propozycja nie do odrzucenia

Pewnego dnia, podczas mojej podróży autostopem dookoła Nowej Zelandii, niezbyt szło mi zatrzymywanie samochodów. Co prawda w planach miałem przejechanie nie tak znowu dużego dystansu, ale jak już udało mi się nawet kogoś zatrzymać, to mógł mnie podwieźć co najwyżej tylko kilka kilometrów. Gdy po kilku godzinach byłem gdzieś w połowie trasy, zatrzymał się obok mnie czarny samochód terenowy, z bardzo rozgadanym kierowcą i okazało się, że pan ten jedzie nad Blue Pools — miejsca, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem, ale bardzo je zachwalał. Miałem w sumie jeszcze trochę czasu do zapadnięcia zmroku, więc zapytałem czy mogę z nim podjechać i zobaczyć to miejsce, a on nie miał nic przeciwko temu. Jak się okazało, Andrew przyjechał z Australii, żeby nagrywać filmy i robić zdjęcia w NZ. Gdy byliśmy na miejscu, wyciągnął z plecaka drona i zaczął nagrywać filmy z różnych perspektyw. Poprosił mnie też, żebym przeszedł kilka razy po…

Arthur’s Pass

Z Greymouth udałem się w kierunku parku narodowego Arthur’s Pass. Niespecjalnie szło mi łapanie stopa, a podróż jakoś się dłużyła. Po dość długiej trasie, gdy zbliżałem się już do parku miałem jednak dość spore szczęście. Podwózkę zaproponował mi mężczyzna, który jak się później okazało, jest z zawodu przewodnikiem. Takim też sposobem przejechałem przez cały park narodowy, mając prywatnego przewodnika  Opowiedział mi on dość sporo na temat tego miejsca oraz pomógł ustalić dalszy plan podróży. Swoimi opowieściami tak mnie zainspirował, że pomimo wcześniejszych innych planów, zdecydowałem się pozostać w tym parku i pochodzić trochę po górach. Następnego dnia obrałem szlak, którego pokonanie zajęło mi około 9h. Znaczną jego część nazwałbym raczej wspinaczką niż chodzeniem po górach. Trasa była tak stroma, że bez użycia rąk ciężko byłoby ją pokonać. Ale za jakie tam były widoki! W kolejnych dniach planowałem przemieszczać się cały czas na południe. Pomimo ciągłej zmiany położenia to z tym kierunkiem…

Tongariro Crossing

Wczoraj pogoda trochę się poprawiła więc, zamiast siedzieć w jednym miejscu, wyruszyłem na kilkogodzinną wędrówkę wzdłuż Waikato River. Szedłem sobie spokojnie wzdłuż, rzeki myśląc o różnych głupotach, gdy nagle usłyszałem wrzask kobiety, w którym dało się wyraźnie wyczuć nutę przerażenia. Krzyk dobiegał dokładnie z tego kierunku, w którym zmierzałem. Pomimo kilku myśli, które podpowiedziała mi moja wyobraźnia, nie zatrzymałem się i szedłem dalej. Chyba mam jakieś skłonności do czarno widzenia, bo oczywiście za zakrętem nikt nie był mordowany, okradany ani gwałcony. Na jednym z urwisk odbywały się po prostu skoki na bungee. Popatrzyłem trochę na całe to przedstawienie i ruszyłem dalej. Po około 1,5 godziny dotarłem w końcu do mojego punktu docelowo -zwężenia rzeki. Miejsce to nosi nazwę ice-blue i kolor rzeczywiście się zgadza. Na długości dziewięciometrowego zwężenia w ciągu każdej sekundy przepływa 200 000 litrów wody. Mówiąc inaczej — w przeciągu minuty można by napełnić wodą 5 basenów olimpijskich.…